26 grudnia 2013

Merry Christmas !!!

 

Ze świątecznego kiermaszu w Monachium


Święta spędzone poza domem... a czuję się, jakbym siedziała przy suto zastawionym, rodzinnym stole Nie ma jednak znaczenia, gdzie świętujemy, dopóki jesteśmy z najbliższymi i tworzymy klimat Bożego Narodzenia.

Wszyscy mieliśmy jakieś problemy w naszych mieszkaniach. U mnie współlokatorka sprowadziła całą swoją rodzinę z ryczącymi, małymi dzieciakami już kilka dni przed świętami, więc za wszelką cenę chciałam być gdzie indziej (moje ozdoby zostały brutalnie sponiewierane przez małe chciwe łapki). Caroliny współlokatorka była w bojowym, anty-świątecznym nastroju, czym kompletnie zabiła ducha bożonarodzeniowego pod ich adresem. Wracając z zakupami i rozmyślając, gdzie będziemy robić kolację, wpadłyśmy na parę znajomych, którzy też zostali bezdusznie wyrzuceni na bruk. U nich w mieszkaniu znowu wszyscy spali przed lotem, więc została jedynie opcja migowego języka podczas kolacji. Carolina postawiła ostatecznie na swoim i zebraliśmy się wszyscy u niej. 

Było magicznie!! Carolina nie przeżywała tak bardzo rozłąki z rodziną, dla Bori i jej męża to były pierwsze święta odkąd wzięli ślub, Cristina dopiero zerwała ze swoim chłopakiem, a buntowniczka zajadała się moimi makówkami, aż jej się uszy trzęsły! Święta portugalsko-rumuńsko-polsko-maurytyjsko-bułgarskie oficjalnie zostały uznane za wielki sukces

dziękuję !


"Święty Mikołaju, nie dokładnie o to prosiłam, ale dziękuję za przyjaźń i szczerość!"




16 grudnia 2013

Piasek na święta

Nie wiem ilu z Was miało szansę spędzić święta Bożego Narodzenia poza domem, a może nawet dalej, bo poza granicami swojego kraju, a jak już idziemy na całego, to poza obszarem swojego kontynentu, ale ci co mieli okazję, pewnie zgodzą się ze mną, że nie zawsze jest łatwo i kolorowo. Podpisując kontrakt dla jakiejkolwiek linii lotniczej, wyraża się jednocześnie zgodę na “bez-rodzinne” święta. Zauważyłam u siebie taką dziwną zależność. Jednego roku nie czuję w ogóle klimatu i świadomość spędzenia Bożego Narodzenia bez bliskich, wcale mnie nie przeraża. Z kolei rok później czuję, że choćbym miała stanąć na głowie, być zwolniona z pracy, albo nawet iść pieszo do Polski, za wszelką cenę muszę być z rodziną.

W tym roku jest inaczej. Przez długi czas nie czułam nic. Chyba próbowałam wypchać z podświadomości wszelkie świąteczne myśli, żeby pewnego dnia nie obudzić się z depresją. 24go rano wracam z Monachium i mam trzy dni wolnego. Na siłę mogłabym lecieć do Polski, ale po pierwsze dla rodziny miałabym pewnie czas tylko przez kilka godzin (podróż przez Warszawę na Śląsk trochę zajmuje), a po drugie to okres świąteczny, gdzie szanse dostania się na pokład z biletem standby są praktycznie równe zeru. Stąd też zakaz wszelkich ozdób w mieszkaniu, wydziwiania z choinką, bombkami czy nawet kupowaniem prezentów...

Wróciłam właśnie z szybkiego tripa do Londynu. Fantastyczna załoga, mili pasażerowie, szalenie fajnie było spotkać się ze znajomymi i odwiedzić stare śmieci! Wróciłam do Dubaju z walizką pełną ozdób świątecznych, prezentów dla znajomych, składnikami na pierniki. Wymiękłam. Siedzę właśnie oblepiona brokatem, ze sztucznym śniegiem we włosach. Dookoła unosi się zapach cynamonu – uwielbiam zapachowe świeczki i popijam Baileysa z lodem – z jakiegoś powodu kojarzy mi się ze świętami. Na dniach zabieram się za pierniki. To moje coroczne, osobiste poświecenie dla najbliższych, czemu nie obdzielić nimi lokalnych w tym roku? Serio, tego klimatu nie zepsuje nawet pustynia za oknem czy nawoływania dobiegające z meczetu.

Na koniec przepraszam za dwie rzeczy:
  1. Świadomie rezygnuję z szalonych kilkugodzinnych świąt w Polsce, bo Kochana Rodzinko, wiem, że Wy dacie sobie razem radę beze mnie, w końcu już chyba się przyzwyczailiście Natomiast tutaj jest parę osób, którym wiem, że mogę pomóc swoją obecnością.
  2. Żeby nie było, że o Was nie myślę, wypisałam kartki, które dzięki znajomym w Londynie dotrą do Was niebawem. Uważajcie przy otwieraniu, moja kreatywność stwierdziła, że nie ma dla niej żadnych granic. HA!

A dla Was wszystkich przedświąteczny buziak i bardzo inspirujący filmik. Jak Was wzruszy, piątka, ja ryczałam jak dziecko...buahahahahah!!!





13 grudnia 2013

Sista, give me water!

Kiedy dostałam grafik na grudzień i zobaczyłam lot do Ghany od razu zgooglowałam ten kraj, żeby zobaczyć, co można robić. Niestety nie na każdym tripie są ludzie, którzy z chęcią opuszczą swoje wygodne łóżko hotelowe, żeby eksplorować nowe miejsce, zwłaszcza na Czarnym Kontynencie. Tak więc zaczęłam szukać ciekawych informacji i planować dwa dni w moim pierwszym prawdziwym afrykańskim kraju.

Przed samym lotem wiedziałam, że muszę się odpowiednio nastawić psychicznie. Z całym szacunkiem dla ludzi tej rasy, ale z doświadczenia już wiem, że praca z Afrykańczykami jest dość ciężka i wiele rzeczy trzeba po prostu im odpuścić. Z resztą to nie dotyczy tylko ich. Każde zachowanie, wywodzące się z kultury odmiennej od naszej może być postrzegane jako nieodpowiednie, chamskie, czy po prostu idiotyczne. Często powtarzam, że w życiu widziałam już wiele i za każdym razem jak to powiem, jestem świadkiem czegoś, co kompletnie mnie zwala z nóg. Lot do Ghany był ciężki i racja, że niejeden pasażer zasługiwał na dużo mniej, niż zostało mu zaoferowane, ale w tym przypadku liczył się cel, a nie droga do niego Poza tym załoga świetnie się dogadywała i zaczęły powstawać wspólne plany (chociaż tym też nie można się z bardzo ekscytować, bo po lądowaniu nagle wszyscy są zmęczeni i nikt nie pojawia się na zbiórce).

To był mój pierwszy tak zwany multi-sector. Polega to zwykle na tym, że lecimy do jakiegoś kraju, gdzie mamy 24 godziny na odpoczynek, a następnego dnia operujemy lot tylko tam i z powrotem w inne miejsce lub kolejny layover i wracamy do hotelu na kolejną dobę. W tym przypadku lecieliśmy do Akry (Ghana), kolejnego dnia godzinę lotu tam i z powrotem do Abidżan (Wybrzeże Kości Słoniowej), noc znowu w Akrze i ostatniego dnia wylot do Dubaju. Są to też tak zwane tranzytowe loty, ponieważ część pasażerów wysiada w pierwszym miejscu, podczas gdy reszta kontynuuje. Ci, którzy zostają na pokładzie muszę się uzbroić w cierpliwość na co najmniej godzinę. W tym czasie przylatująca załoga liczy pozostałych pasażerów, jeśli liczba się zgadza, opuszczają pokład. Załoga odlatująca, z kolei, musi zrobić identyfikację wszystkich bagaży na pokładzie, w razie czego, gdyby ktoś z wychodzących czegoś zapomniał. Dodatkowo wchodzi też ekipa sprzątająca i grupa cateringowa, która wymienia wózki z jedzeniem i sprzętem potrzebnym do nowego serwisu. Muszę przyznać, że po sześciu latach latania od celu do celu, taki tranzytowy lot jest prawdziwym urozmaiceniem. Poza tym myślałam, że system ten istnieje tylko w USA, po tym jak wepchali mnie kiedyś do samolotu do Los Angeles, a po drodze wyrzucili w Arizonie  
 

Ghanijska flaga



Ghana leży w zachodniej Afryce nad Zatoką Gwinejską. Pod koniec XV wieku teren został odkryty przez Portugalczyków i stał się ich kolonią. Z racji pokładów złota, które z czasem zaczęto wydobywać, wybrzeże zostało nazwane Złotym. Kolejne kraje zaczęły przejmować teren, tworząc swoją własną kolonię. Ostatnim z nich była Wielka Brytania. W marcu 1957 Ghana jako pierwszy subsaharyjski kraj i jedna z pierwszych europejskich kolonii ogłosiła niepodległość. Doprowadził do tego Kwame Nkrumah, który trzy lata później w roku 1960 został ogłoszony pierwszym prezydentem. Bardzo ważna osoba w świadomości mieszkańców! Jak czytałam o Ghanie uderzył mnie fakt, że kraj jest dość bezpieczny dla podróżników. Tak też się czułam jak wędrowaliśmy uliczkami Akry. Ludzie są mega pozytywnie nastawieni do życia, dzieciaki pozowali do zdjęć, zaczepiali nas do rozmowy na ulicy, dorośli wypytywali o nasze kraje. W 2012 roku Ghana zajęła siódme miejsce z 53 krajów w rankingu na najmniej skorumpowany kraj politycznie i społecznie. Inną rzeczą, która nas uderzyła, to bardzo niski współczynnik palaczy, zauważone z resztą przez moją znajomą palaczkę Jak właśnie wyczytałam palacze stanowią poniżej 5% społeczności.

Pierwszego dnia zwiedziliśmy „centrum miasta”. Podaję w cudzysłowiu, ponieważ jak zapytałam taksówkarza o centrum, to mnie wyśmiał Warto jest więc zobaczyć Independence Square - Plac Niepodległości, Memorial Park - muzeum upamiętniające Kwame Nkrumah z grobem jego i jego żony. Gdziekolwiek się nie ruszyliśmy wszędzie podchodzili do nas mieszkańcy. Dołączyła do nas w pewnym momencie ekipa miejscowych muzyków. Oprowadzili nas po Jamestown, najstarszej dzielnicy Akry z latarnią morską, z której roztacza sie szokujący widok na biedną afrykańską okolicę i przybliżyli nam kulturę ludzi Ghany. Ali zaczyna dzień od fufu (potrawa zrobiona z manioka o konsystencji ciasta, którą moczy się w zupie albo sosie), bo od tego rosną mu mięśnie Następnego dnia po powrocie z Abidżan, było już za późno, żeby wskoczyć w bikini i wyłożyć się na plaży Labadi. Pojchaliśmy tam mimo wszystko, bo jest to najlepsza okolica z barami i restauracjami. Żeby wejść na plażę, trzeba zapłacić... jest drożej w weekend...  Śmieję się do tej pory, bo widzę uchachanych znajomych, pozujących do zdjęć w momencie podania obiadu – banku (sfermentowana kukurydza także o konsystencji ciasta) z grillowaną tilapią, w sosie chilli, a już kilka minut później każdy robi dobrą minę do złej gry...hahahahahha!!!! Nigdy więcej banku!  Pytałam Samiego jak się chronią przed malarią. Z racji, że nikt z nas nie brał tabletek przed wylotem i zapomnieliśmy kremów przeciw komarom. Piją dużo wody. A jak się zarażą? Każdy idzie do swojej wioski po zioła, które trzeba wypić w postaci ohydnego wywaru. Podobno po kolorze moczu można określić, że choroba zostaje zwalczona. To jaki jest ten kolor?? No po prostu ten kolor moczu pokazuje, że choroba ucieka...(?) Zapewne są to jakieś szamańskie sprawy, w które nie miałam głowy się mieszać Resztę wieczoru spędziliśmy przy ognisku w towarzystwie dość zabawnej ekipy lokalnych grajków, którzy na koniec chcieli od nas wyciągnąć pieniądze na wydanie płyty. Hahaha!! Olaliśmy sprawę... Wróciłam do hotelu z głęboką myślą: „Sista, you're royalty mind, not ice cream mind!” Co pewnie w naszym języku miało znaczyć, że jestem bystra




Jak wspominam ten layover widzę grupkę zgranych ludzi, którzy chętnie ruszają w poszukiwaniu przygód i kraj bogaty w kulturę, ciekawą kuchnię oraz jego mieszkańców z pozytywnym podejściem do życia i szamańskim myśleniem. Mam nadzieję, że ludzi z lotu jeszcze spotkam na nie jednym tripie!

Tymczasem jutro Londyn! Pierwszy raz A380 od czasów Singapuru!

 Dziołszki, szykujcie obcasy!!!!

27 listopada 2013

MMID

Była na zakupach ze znajomą. Śmigały po centrum handlowym w poszukiwaniu tej nowej zarąbistej sukienki na wieczorną imprezę. Podczas przerwy na kawę, po raz kolejny w ciągu dnia zauważyła tego dość atrakcyjnego mężczyznę. Kontakt wzrokowy tym razem dłuższy, zniewalający uśmiech, podchodzi... Dała mu numer telefonu i zaproponowała, żeby dołączył wieczorem do ekipki na wspólną imprezę. Genialna noc. Kwiaty następnego dnia, zaproszenie do najlepszej restauracji w mieście. Po tygodniu są parą, a później... „Niby nie mogę mieć swoich znajomych, ale on o mnie dba, ja go i tak kocham. On jest inny”.

Ta historia jest akurat zmyślona, ale tak bardzo podobna do wielu, o których tu słyszałam. Im dłużej tu jestem, tym więcej zaczynam dostrzegać i zarazem dziękować, że jestem ze swoim rozumem, we własnym ciele!

Dwa lata temu w jednym japońskim klubie poznałam pilota z Kanady, który przez krótki czas pracował też w Dubaju. Pamiętam wówczas, jak powiedziałam mu, że planuję wyjechać na Bliski Wschód na jakiś czas. Zaczął mnie ostrzegać przed męską częścią populacji w tym regionie świata. Mimo, że zapewniałam go o szczęśliwym życiu prywatnym i osobistych uprzedzeniach do pewnych charakterów, stąpających po tym świecie, stwierdził, że wszystkie takie jesteśmy na początku, dopóki nie spotykamy tego "Ale on jest inny". Średnio raz na miesiąc słyszę to określenie z ust poznanych dziewczyn. Za każdym razem przypomina mi to mojego znajomego – miał drań rację

Najgorsze jest to, że stoję obok tego wszystkiego i jestem bezradna. Widzę jak młode dziewczyny dają się naciągnąć na prezenty, wycieczki, egzotyczną kulturę. Te mniej atrakcyjne, czują się w końcu dowartościowane. Później niestety w wielu przypadkach pojawia się w związku brak wolności, prawa głosu i luksusu własnego stylu życia. Początkowo w łagodnej formie i rekompensowane materialnie, nie chce nawet myśleć o rozwoju akcji w takim związku. Wiem, że moje rady niczego nie zmienią i tylko niewielki procent dziewczyn może z nich skorzysta. Będąc w tym wieku sama wolałam się uczyć na własnych błędach i nie przyjmowałam niczego innego do wiadomości. Różnica jest taka, że ja szlam za ciosem i godziłam się ze wszystkimi konsekwencjami własnych czynów. Te dziewczyny, które tu poznałam potrafią płakać i narzekać godzinami, jakie to one są nieszczęśliwe i że nie mają żadnego wsparcia, ale odrzucają oferowaną pomoc i pogłębiają się w przekonaniu, że ich mężczyzna jest wyjątkowym. Stąd właśnie to MMID – piątka temu, kto na to wpadł, hahahahahahhaha!!!! MMID → My Mohammed Is Different, w tłumaczeniu na polski Mój Mohammed Jest Inny

Ogólnie zauważyłam taką tendencję, że jak nie masz Mohammeda, to wszyscy próbują Ci wmówić, że Twój związek na odległość nie przetrwa. Czemu ludzie nie pilnują swoich interesów? Na ostatnim locie z Australii zarówno część załogi, jak i kilku pasażerów, w rozmowie dało mi do zrozumienia, że mój związek jest dziwny. Super, a może on jest normalny, a wszystko inne jest dziwne? Jedna dziewczyna z załogi próbowała mnie przekonać, że faceci (z szacunkiem dla wszystkich facetów z mojej strony!) są jak buty, które się schodzą i trzeba wymienić na nowe. Wygląda na to, że w moim przypadku warto było zainwestować w Scott Choo. Są wygodne i sprawdzają się w każdej sytuacji. A jeśli kiedyś się zejdą, bo niczego pewni nie jesteśmy w życiu, będę pamiętać te lata szczęścia, które mi dały

Jak to mówi mój mężczyzna: "Big Misi and Little Misi"




22 listopada 2013

Pierwszy prawdziwy relaks

Wczoraj się złapałam na tym, że co jakiś czas sprawdzałam grafik, żeby się upewnić, czy przypadkiem nie mam iść do pracy. Typowe uczucie jak dzieje się coś innego niż zwykle, racja? Odkąd wróciłam z Birmingham mam wolne, całe pięć dni! To jest praktycznie pierwsze dłuższe wolne odkąd wyjechałam do Dubaju (nie licząc wakacji w UK). Pewnie stąd to "nieswojskie" uczucie Planowałam wyjazd do Jordanii, później nawet do domu, ale pod koniec miesiąca stać mnie niestety tylko na wycieczkę do szwedzkiego producenta mebli. Może i dobrze, bo zdecydowanie muszę się wziąć za swój pokój. Jest taki jakiś „hotelowy”. Fakt, że nie jestem tutaj na długo – umowa ze Scottem była, że jadę tylko na rok, ale to przecież nie znaczy, że nie mogę się czuć tutaj jak w domu!

 
Jak przejmowałam pokój po wcześniejszej współlokatorce zaznaczyłam, że nie chcę żadnego sprzątania, czy malowania, bo podobał mi się kolor ścian, który Pia wybrała. Niestety nie przewidziałam tych brudnych ścian ukrytych za jej 9-letnim dobytkiem. Malowanie zostawiam na przyszły miesiąc (tutaj pozdrowienia w stronę ojca, który zaraził mnie w dzieciństwie drobnymi robotami remontowymi – tak, zamykał w pokoju i nie wypuszczał, dopóki cały nie był wytapetowany! Buahahaha). 



Żeby nie było mi za dobrze, akurat w moje dni wolne, pogoda postanowiła się zepsuć. Kiedy byłam w Birmingham podobno przeszła burza pisakowa, a po niej zawsze pada kilka dni. „Pada” jest zbyt łagodnym określeniem! O 4 nad ranem obudziła mnie burza z piorunami. Taka prawdziwa! Ostatni raz widziałam taką w Polsce i tak właśnie się czułam przez kilka godzin z nosem przyklejonym do szyby... prawie jak w domu W dzieciństwie uwielbiałam obserwować burzę, zachwycała mnie i tworzyła wiele pytań w mojej małej głowie. Dorwałam aparat, usiadłam na parapecie i cykałam fotki. Dubaj wszystkim się kojarzy z upałami, a tutaj nagle po kilku minutach ulewy, samochody nie potrafią się poruszać po drogach. Fascynujące Ale już niebawem wszystko wróci do normy i dobrze, bo są plany...





Przyszłe dni będą dość intensywne. Zwolnił się pokój w naszym mieszkaniu i wprowadza się moja znajoma z kursu – Irlandka. Mam nadzieję, że dogadamy się ze wszystkim. Już dawno nie dzieliłam miejsca z więcej niż jedną osobą. Dodatkowo wolimy tutaj kogoś z głową na karku, niż obcą osobę z depresją, nienawidzącą Dubaju i pracy, czy po prostu kogoś, kto dopiero zaczyna robić rzeczy, które myśmy przeżyły dziesięć lat temu (Może kiedyś napiszę o historiach z Dubaju rodem! Prawdziwa mieszanka wybuchowa różnorodnych kultur i mentalności). 
Później szybka Australia dla mnie i przyjeżdża Kari na kilka dni     Już odliczam dni! Z tą dziewczyną można konie kraść! Przez ostatnie tygodnie załatwiałam wizę dla niej. Polski paszport to czasami prawdziwe przekleństwo! Rada dla tych, co wybierają się do UAE – bukujcie bilet z linią lotniczą, która pomoże Wam w załatwieniu wizy lub wypytajcie hotel, w którym się zatrzymujecie o wszelkie możliwe opcje. Linia Kari niestety nie pomaga w tej kwestii, sama zatrzymuje się u mnie, więc żaden hotel nie wchodzi w grę. Ostatecznie musiałyśmy dać ponad 600dhs za wizę i 2000dhs depozytu. Dobrze, że spotkałam właścicielkę agencji turystycznej w urzędzie wizowym, gdzie wcześniej odmówili mi pomocy ze względu na niskie zarobki, o przepraszam – ich wysokie wymagania

Lecę pakować walizkę!



09 listopada 2013

Wielkie dzięki...

... temu, kto nie pojawił się na dzisiejszym locie


Dwanaście godzin temu walczyłam z szalejącym budzikiem. Bez względu na to jaką ustawię melodyjkę, o tej porze zawsze działa mi na nerwy. Ale hej, mam dobry powód, aby wyjść z łóżka. Dziś mój pierwszy standby, mało tego, pierwszy standby na lotnisku Chciałam pisać do Was na świeżo z crew lounge, ale usłyszałam mój numer...

Mamy dwa rodzaje standby – w domu i na lotnisku. Z tego, co już zdążyłam zaobserwować, dobrą rzeczą jest to, że trwa on tylko kilka godzin. Mniej optymistycznym jest fakt, że niestety przy tak licznej załodze (17500), 99% szans na to, że zostaniemy ściągnięci na lot. Ludzie w bazie nie są dopuszczeni na lot z powodu choroby, zapomnieli potrzebne dokumenty czy nie potrafią odpowiedzieć na pytania z bezpieczeństwa, zadawane przed każdym lotem dla odświeżenia pamięci i mentalnego przygotowania. Są i tacy, którzy nie lubią pewnych lotów i znajdą jakąkolwiek wymówkę, żeby tylko nie polecieć

Mój standby miał trwać tylko cztery godziny, od 6:00 do 10:00. Standby na lotnisku ma niestety to do siebie, że nie mamy czasu na przygotowanie potrzebnych rzeczy na dany lot, bo dopiero na lotnisku informują nas dokąd lecimy. Zatem musimy zabrać walizkę z ubraniami letnimi i tymi na zimę – to może być kilka dni w ciepłej Australii, zimna noc w Moskwie albo szybki lot tam i z powrotem, wtedy walizka spokojnie czeka na nas w centrali, a odbieramy ją dopiero po powrocie. Crew lounge, w którym standby'ujemy jest fantastycznie przystosowany do potrzeb załogi – kuchnia, kącik z magazynami i sprzętem video, a nawet sypialnia z kilkoma kanapami. Podpisałam się na dość długiej liście, z pozycją gdzieś w połowie: „Super, tylu ludzi przede mną! Mam zamiar obserwować innych, żeby szybciej rozkminić tą całą procedurę standby”.
Siedziałam jak na szpilkach. Nie umiałam się skupić na pisaniu posta, ulubiony magazyn też niestety nie pomógł się zrelaksować. „Pewnie nikogo nie wzywają, bo dopiero 5:55, może wszyscy tu jesteśmy na standby dopiero od 6?”. Nie ma co, ściągam żakiet, trzeba się zadomowić tutaj na kolejne kilka godzin. ”Staff number 426...!!!” zabrzmiało mi w uszach... „Serio??!!! Ja??? A ta cała masa ludzi przede mną??? Grrrrrr... To jakiś żart!” „Lecisz do Kuwejtu, możesz iść na briefing, już się zaczął”.

Kuwejt? Ja? Serio? Na szczęście byłam tak zestresowana drogą na briefing przez bramki i odprawę bezpieczeństwa, że nie zdążyłam się ani roześmiać, ani rozpłakać Weszłam do pokoju, gdzie mile mnie przywitano (wszyscy zawsze żałują tych ściągniętych ze standby). Znam jedną, drugą twarz, ta trzecia jest dość przyjemna, czwarta – męska, dość przystojna, tylko 170 pasażerów z 300, 1 godzina 20 minut w jedną stronę, 1 godzina 10 minut w drugą...NIE MOŻE BYĆ LEPIEJ

Dlatego z serca dziękuję tej osobie, która się nie pojawiła – jeśli jesteś chory/chora, szybkiego powrotu do zdrowia! Jeśli popiłeś/popiłaś, żałuj straconego luzackiego lotu


To był pierwszy lot od wyjazdu Scotta z Dubaju. Przyjechał mnie odwiedzić pierwszy raz i tak się dobrze złożyło, że akurat też miałam dużo wolnego, więc nie marnowaliśmy czasu i uderzyliśmy na Dubaj...





25 października 2013

Grunt to pozytywne nastawienie

Odkąd wróciłam z wakacji noszę na zmianę uniform i piżamę. To chyba cena, którą się płaci za fantastycznie spędzony czas z bliskimi! Mimo wszystko od kilku dni biorę się za przelanie na laptopowy ekranik moich niedawnych, głębokich przemyśleń, związanych z lotami do biedniejszych krajów... Może i przyjdzie na to kiedyś czas! Tymczasem polecieliśmy ostro na dzisiejszym locie i tym chcę się z Wami podzielić!!!!

Nie wiem jak to sobie tłumaczyć, ale jakimś cudem wykonuję tą pracę od 2007 roku, a dopiero teraz zaczynam w pełni ją uwielbiać. To nie tylko kwestia przebywania na kilku tysiącach metrów (mam bzika – cokolwiek związane z akcją w powietrzu, piszę się na to!) i podziwiania fantastycznych widoków, podróżowania (praktycznie dopiero teraz) po całym świecie, czy interesujący styl życia. To kontakt z ludźmi, który zaczyna nabierać dla mnie całkowicie innego znaczenia. Pewnie za chwilę stwierdzicie, że jestem nawiedzona, albo totalnie mi mózg wyprali tam, gdzie piaskiem wieje, ale pomyślcie sami – średnio 15 lotów na miesiąc, każdy z około 350 osobami na pokładzie, to jest ponad 5000 twarzy w ciągu 31 dni!!! Zawsze się trafi ktoś interesujący. Może właściwie zamienię słowo tylko z jakimś małym procentem, ale ta cała reszta obserwuje i poprzez samo pozytywne nastawienie, można umilić komuś lot. Do czego dążę?? W japońskich liniach liczył się nudny i wymuszony profesjonalizm, z którym tylko można uderzyć do brytyjskiej królowej, choć pewnie i ona jest bardziej wyluzowana (w końcu skoczyła ze spadochronem na rozpoczęcie Olimpiady ). Tutaj, z kolei, firma narzuca nam jakiś ogólnie przyjęty wzór postępowania, ale tym samym daje tą swobodę wyrażania własnej osobowości. Noż normalnie czuję się jak nowo narodzona.

Pobudka o szóstej rano, trzy godziny później ciągle zaspani stawiamy stopę na pokładzie – kierunek Ateny. Podobno kiedyś załoga zostawała na jedną noc w greckiej stolicy, od pewnego czasu Ateny są traktowane jako turnaround. Ponad cztery godziny w jedną stronę, 30 minut na sprzątanie pokładu (nie przez nas!) i kolejne cztery do Dubaju. Jest to najdłuższy turnaround, który robimy i wbijano mi do głowy od miesięcy, żebym się strzegła tego, jak ognia. Zonk! W październiku dostałam najgorsze loty – cena za wakacje? Hahahahah!! Bring it On!!!

Wracając na pokład - nie możemy narzekać. Mamy tylko stu pasażerów na 320 możliwych, jeden serwis do wykonania (lunch) i wygląda na to, że do końca lotu będzie grało Galley FM – tak jest powszechnie nazywany zwyczaj, kiedy większość załogi gromadzi się w galley i wymienia plotkami. W całej tej euforii zapodaliśmy serwis z serca! Nie jest trudno być miłym i odpowiedzieć na każde żądanie pasażera, a kiedy ma się wystarczająco dużo czasu do dyspozycji, wtedy nie ma wymówek. Chyba nigdy w życiu nie byłam milsza Opłacało się. Przed samym lądowaniem dostałam komentarz od pasażerki: „Chcę podziękować szczególnie Agnes za jej szczery uśmiech i życzliwe nastawienie...” 1-0 dla Agnes

Na locie powrotnym nie można było dosłownie wbić szpilki... o zgrozo! Ale grunt, to pozytywne nastawienie. Galley FM skończyło audycję w drodze do Aten, więc dobrze było w końcu trochę popracować Poza tym wyznaję zasadę, że im więcej jest do zrobienia, tym szybciej mija czas na pokładzie. W końcu każdy chce iść do domu. Nie było pasażera, z którym nie miałabym kontaktu wzrokowego, odwzajemniła uśmiechu, czy nie odpowiedziała na jakąkolwiek prośbę. W jeszcze lepszy nastrój wprawiła mnie grupka starszych Greczynek, udających się na babskie wakacje – ni w ząb angielskiego!
        • Hello Frau, beautiful, photo photo, verstehe?

Hahahahahaha!!! Kochane kobieciny, takie hardcorowe z jajem  

Później z kumpelą dorwałyśmy kamerę Polaroid. Jednym z naszych obowiązków jest cykanie fotek na pamiątkę najmłodszym pasażerom. Nasze podejście nieraz bawi bardziej dorosłych, niż dzieci i to przy nich spędzamy najwięcej czasu Ankita cykała foty, a ja wypisywałam zabawne teksty na ramce, do której później wkładamy zrobione zdjęcie:
        • O, nawet jest coś narysowane!
        • Tak, proszę pana, jesteśmy bardzo utalentowani tutaj!!

2-0 dla Agnes (i Ankity)
        • Woohoo, no to zapodajemy fotencje! Mamy party na pokładzie, kto jeszcze się do nas uśmiechnie?
        • (rozbawione 215 par oczu, reszta spała)


Chwilę później inny pasażer:
      • Przepraszam, w jaki sposób mogę dostać szklankę wody?
      • Pan sobie tu wygodnie siedzi, a ja szybko czmychnę za kurtynkę i zaraz panu przyniosę


Znajomi, bądź rodzina naszych pasażerów ma możliwość zamówienia specjalnego ciasta „Bon Voyage” (Szczęśliwej Podróży) czy nawet ciasta dla nowożeńców, kiedy lecą w podróż poślubną. Coś na zasadzie niespodzianki, czemu nie? Mieliśmy rodzinkę, dla której zamówione zostało takie oto ciasto:
      • Ale super, co za niespodzianka, dziękujemy bardzo...
      • To może ja jeszcze państwu koniaczek przyniosę, jak szaleć to już na całego, nieprawdaż?
      • Dokładnie!

Podczas żegnania pasażerów:
        • A skąd pani jest?
        • Z Polski
        • No też tak pomyśleliśmy!
        • Po czym poznać? Wygląd, czy nastawienie do życia?

3-0 dla Agnes!


Ahhhhhhhhhh... pojutrze Wenecja i spotkanie z moja kochaną kuzyneczką! Ile to już lat Kochana?



Na koniec jeszcze tylko filmik reklamujący Expo 2020, który mi się spodobał po setnym jego wyświetleniu na naszym pokładzie. Dubaj jest jednym z kandydujących miast i szczerze trzymam kciuki. Czuję coraz większy respekt dla każdego ziarenka piasku tutaj







Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...