Pierwszy prawdziwy relaks

listopada 22, 2013

Wczoraj się złapałam na tym, że co jakiś czas sprawdzałam grafik, żeby się upewnić, czy przypadkiem nie mam iść do pracy. Typowe uczucie jak dzieje się coś innego niż zwykle, racja? Odkąd wróciłam z Birmingham mam wolne, całe pięć dni! To jest praktycznie pierwsze dłuższe wolne odkąd wyjechałam do Dubaju (nie licząc wakacji w UK). Pewnie stąd to "nieswojskie" uczucie 😉 Planowałam wyjazd do Jordanii, później nawet do domu, ale pod koniec miesiąca stać mnie niestety tylko na wycieczkę do szwedzkiego producenta mebli. Może i dobrze, bo zdecydowanie muszę się wziąć za swój pokój. Jest taki jakiś „hotelowy”. Fakt, że nie jestem tutaj na długo – umowa ze Scottem była, że jadę tylko na rok, ale to przecież nie znaczy, że nie mogę się czuć tutaj jak w domu!

Jak przejmowałam pokój po wcześniejszej współlokatorce zaznaczyłam, że nie chcę żadnego sprzątania, czy malowania, bo podobał mi się kolor ścian, który Pia wybrała. Niestety nie przewidziałam tych brudnych ścian ukrytych za jej 9-letnim dobytkiem. Malowanie zostawiam na przyszły miesiąc (tutaj pozdrowienia w stronę ojca, który zaraził mnie w dzieciństwie drobnymi robotami remontowymi – tak, zamykał w pokoju i nie wypuszczał, dopóki cały nie był wytapetowany! 😜😂). 




Żeby nie było mi za dobrze, akurat w moje dni wolne, pogoda postanowiła się zepsuć. Kiedy byłam w Birmingham podobno przeszła burza pisakowa, a po niej zawsze pada kilka dni. „Pada” jest zbyt łagodnym określeniem! O 4 nad ranem obudziła mnie burza z piorunami. Taka prawdziwa! Ostatni raz widziałam taką w Polsce i tak właśnie się czułam przez kilka godzin z nosem przyklejonym do szyby... prawie jak w domu 😉 W dzieciństwie uwielbiałam obserwować burzę, zachwycała mnie i tworzyła wiele pytań w mojej małej głowie. Dorwałam aparat, usiadłam na parapecie i cykałam fotki. Dubaj wszystkim się kojarzy z upałami, a tutaj nagle po kilku minutach ulewy, samochody nie potrafią się poruszać po drogach. Fascynujące 😅 Ale już niebawem wszystko wróci do normy i dobrze, bo są plany...







Przyszłe dni będą dość intensywne. Zwolnił się pokój w naszym mieszkaniu i wprowadza się moja znajoma z kursu – Irlandka. Mam nadzieję, że dogadamy się ze wszystkim. Już dawno nie dzieliłam miejsca z więcej niż jedną osobą. Dodatkowo wolimy tutaj kogoś z głową na karku, niż obcą osobę z depresją, nienawidzącą Dubaju i pracy, czy po prostu kogoś, kto dopiero zaczyna robić rzeczy, które myśmy przeżyły dziesięć lat temu 😉 (Może kiedyś napiszę o historiach z Dubaju rodem! Prawdziwa mieszanka wybuchowa różnorodnych kultur i mentalności). 

Później szybka Australia dla mnie i przyjeżdża Kari na kilka dni 😍😍😍 Już odliczam dni! Z tą dziewczyną można konie kraść! Przez ostatnie tygodnie załatwiałam wizę dla niej. Polski paszport to czasami prawdziwe przekleństwo! Rada dla tych, co wybierają się do UAE – bukujcie bilet z linią lotniczą, która pomoże Wam w załatwieniu wizy lub wypytajcie hotel, w którym się zatrzymujecie o wszelkie możliwe opcje. Linia Kari niestety nie pomaga w tej kwestii, sama zatrzymuje się u mnie, więc żaden hotel nie wchodzi w grę. Ostatecznie musiałyśmy dać ponad 600dhs za wizę i 2000dhs depozytu. Dobrze, że spotkałam właścicielkę agencji turystycznej w urzędzie wizowym, gdzie wcześniej odmówili mi pomocy ze względu na niskie zarobki, o przepraszam – ich wysokie wymagania 😏



Lecę pakować walizkę!

Przeczytaj również

0 komentarze

Archiwum

Obserwuj bloga