Wielkie dzięki...

listopada 09, 2013

... temu, kto nie pojawił się na dzisiejszym locie 😂

Dwanaście godzin temu walczyłam z szalejącym budzikiem. Bez względu na to jaką ustawię melodyjkę, o tej porze zawsze działa mi na nerwy. Ale hej, mam dobry powód, aby wyjść z łóżka. Dziś mój pierwszy standby, mało tego, pierwszy standby na lotnisku 😱 Chciałam pisać do Was na świeżo z crew lounge, ale usłyszałam mój numer...


Standby


Mamy dwa rodzaje standby – w domu i na lotnisku. Z tego, co już zdążyłam zaobserwować, dobrą rzeczą jest to, że trwa on tylko kilka godzin. Mniej optymistycznym jest fakt, że niestety przy tak licznej załodze (17500), 99% szans na to, że zostaniemy ściągnięci na lot. Ludzie w bazie nie są dopuszczeni na lot z powodu choroby, zapomnieli potrzebne dokumenty czy nie potrafią odpowiedzieć na pytania z bezpieczeństwa, zadawane przed każdym lotem dla odświeżenia pamięci i mentalnego przygotowania. Są i tacy, którzy nie lubią pewnych lotów i znajdą jakąkolwiek wymówkę, żeby tylko nie polecieć 😉

Mój standby miał trwać tylko cztery godziny, od 6:00 do 10:00. Standby na lotnisku ma niestety to do siebie, że nie mamy czasu na przygotowanie potrzebnych rzeczy na dany lot, bo dopiero na lotnisku informują nas dokąd lecimy. Zatem musimy zabrać walizkę z ubraniami letnimi i tymi na zimę – to może być kilka dni w ciepłej Australii, zimna noc w Moskwie albo szybki lot tam i z powrotem, wtedy walizka spokojnie czeka na nas w centrali, a odbieramy ją dopiero po powrocie. Crew lounge, w którym standby'ujemy jest fantastycznie przystosowany do potrzeb załogi – kuchnia, kącik z magazynami i sprzętem video, a nawet sypialnia z kilkoma kanapami. Podpisałam się na dość długiej liście, z pozycją gdzieś w połowie: „Super, tylu ludzi przede mną! Mam zamiar obserwować innych, żeby szybciej rozkminić tą całą procedurę standby”.

Siedziałam jak na szpilkach. Nie umiałam się skupić na pisaniu posta, ulubiony magazyn też niestety nie pomógł się zrelaksować. „Pewnie nikogo nie wzywają, bo dopiero 5:55, może wszyscy tu jesteśmy na standby dopiero od 6?”. Nie ma co, ściągam żakiet, trzeba się zadomowić tutaj na kolejne kilka godzin. ”Staff number 426...!!!” zabrzmiało mi w uszach... „Serio??!!! Ja??? A ta cała masa ludzi przede mną??? Grrrrrr... To jakiś żart!” „Lecisz do Kuwejtu, możesz iść na briefing, już się zaczął”.

Kuwejt? Ja? Serio? Na szczęście byłam tak zestresowana drogą na briefing przez bramki i odprawę bezpieczeństwa, że nie zdążyłam się ani roześmiać, ani rozpłakać 🙈 Weszłam do pokoju, gdzie mile mnie przywitano (wszyscy zawsze żałują tych ściągniętych ze standby). Znam jedną, drugą twarz, ta trzecia jest dość przyjemna, czwarta – męska, dość przystojna, tylko 170 pasażerów z 300, 1 godzina 20 minut w jedną stronę, 1 godzina 10 minut w drugą...NIE MOŻE BYĆ LEPIEJ 😍

Dlatego z serca dziękuję tej osobie, która się nie pojawiła – jeśli jesteś chory/chora, szybkiego powrotu do zdrowia! Jeśli popiłeś/popiłaś, żałuj straconego luzackiego lotu 😉



To był pierwszy lot od wyjazdu Scotta z Dubaju. Przyjechał mnie odwiedzić pierwszy raz i tak się dobrze złożyło, że akurat też miałam dużo wolnego, więc nie marnowaliśmy czasu i uderzyliśmy na Dubaj...

Przeczytaj również

2 komentarze

  1. Odpowiedzi
    1. aż wstyd, że dopiero po 4 miesiącach wzięłam aparat do ręki... trochę mi zajęło zaakceptowanie tej nowej rzeczywistości :D

      Usuń

Archiwum

Obserwuj bloga