26 grudnia 2013

Merry Christmas !!!

 

Ze świątecznego kiermaszu w Monachium


Święta spędzone poza domem... a czuję się, jakbym siedziała przy suto zastawionym, rodzinnym stole Nie ma jednak znaczenia, gdzie świętujemy, dopóki jesteśmy z najbliższymi i tworzymy klimat Bożego Narodzenia.

Wszyscy mieliśmy jakieś problemy w naszych mieszkaniach. U mnie współlokatorka sprowadziła całą swoją rodzinę z ryczącymi, małymi dzieciakami już kilka dni przed świętami, więc za wszelką cenę chciałam być gdzie indziej (moje ozdoby zostały brutalnie sponiewierane przez małe chciwe łapki). Caroliny współlokatorka była w bojowym, anty-świątecznym nastroju, czym kompletnie zabiła ducha bożonarodzeniowego pod ich adresem. Wracając z zakupami i rozmyślając, gdzie będziemy robić kolację, wpadłyśmy na parę znajomych, którzy też zostali bezdusznie wyrzuceni na bruk. U nich w mieszkaniu znowu wszyscy spali przed lotem, więc została jedynie opcja migowego języka podczas kolacji. Carolina postawiła ostatecznie na swoim i zebraliśmy się wszyscy u niej. 

Było magicznie!! Carolina nie przeżywała tak bardzo rozłąki z rodziną, dla Bori i jej męża to były pierwsze święta odkąd wzięli ślub, Cristina dopiero zerwała ze swoim chłopakiem, a buntowniczka zajadała się moimi makówkami, aż jej się uszy trzęsły! Święta portugalsko-rumuńsko-polsko-maurytyjsko-bułgarskie oficjalnie zostały uznane za wielki sukces

dziękuję !


"Święty Mikołaju, nie dokładnie o to prosiłam, ale dziękuję za przyjaźń i szczerość!"




16 grudnia 2013

Piasek na święta

Nie wiem ilu z Was miało szansę spędzić święta Bożego Narodzenia poza domem, a może nawet dalej, bo poza granicami swojego kraju, a jak już idziemy na całego, to poza obszarem swojego kontynentu, ale ci co mieli okazję, pewnie zgodzą się ze mną, że nie zawsze jest łatwo i kolorowo. Podpisując kontrakt dla jakiejkolwiek linii lotniczej, wyraża się jednocześnie zgodę na “bez-rodzinne” święta. Zauważyłam u siebie taką dziwną zależność. Jednego roku nie czuję w ogóle klimatu i świadomość spędzenia Bożego Narodzenia bez bliskich, wcale mnie nie przeraża. Z kolei rok później czuję, że choćbym miała stanąć na głowie, być zwolniona z pracy, albo nawet iść pieszo do Polski, za wszelką cenę muszę być z rodziną.

W tym roku jest inaczej. Przez długi czas nie czułam nic. Chyba próbowałam wypchać z podświadomości wszelkie świąteczne myśli, żeby pewnego dnia nie obudzić się z depresją. 24go rano wracam z Monachium i mam trzy dni wolnego. Na siłę mogłabym lecieć do Polski, ale po pierwsze dla rodziny miałabym pewnie czas tylko przez kilka godzin (podróż przez Warszawę na Śląsk trochę zajmuje), a po drugie to okres świąteczny, gdzie szanse dostania się na pokład z biletem standby są praktycznie równe zeru. Stąd też zakaz wszelkich ozdób w mieszkaniu, wydziwiania z choinką, bombkami czy nawet kupowaniem prezentów...

Wróciłam właśnie z szybkiego tripa do Londynu. Fantastyczna załoga, mili pasażerowie, szalenie fajnie było spotkać się ze znajomymi i odwiedzić stare śmieci! Wróciłam do Dubaju z walizką pełną ozdób świątecznych, prezentów dla znajomych, składnikami na pierniki. Wymiękłam. Siedzę właśnie oblepiona brokatem, ze sztucznym śniegiem we włosach. Dookoła unosi się zapach cynamonu – uwielbiam zapachowe świeczki i popijam Baileysa z lodem – z jakiegoś powodu kojarzy mi się ze świętami. Na dniach zabieram się za pierniki. To moje coroczne, osobiste poświecenie dla najbliższych, czemu nie obdzielić nimi lokalnych w tym roku? Serio, tego klimatu nie zepsuje nawet pustynia za oknem czy nawoływania dobiegające z meczetu.

Na koniec przepraszam za dwie rzeczy:
  1. Świadomie rezygnuję z szalonych kilkugodzinnych świąt w Polsce, bo Kochana Rodzinko, wiem, że Wy dacie sobie razem radę beze mnie, w końcu już chyba się przyzwyczailiście Natomiast tutaj jest parę osób, którym wiem, że mogę pomóc swoją obecnością.
  2. Żeby nie było, że o Was nie myślę, wypisałam kartki, które dzięki znajomym w Londynie dotrą do Was niebawem. Uważajcie przy otwieraniu, moja kreatywność stwierdziła, że nie ma dla niej żadnych granic. HA!

A dla Was wszystkich przedświąteczny buziak i bardzo inspirujący filmik. Jak Was wzruszy, piątka, ja ryczałam jak dziecko...buahahahahah!!!





13 grudnia 2013

Sista, give me water!

Kiedy dostałam grafik na grudzień i zobaczyłam lot do Ghany od razu zgooglowałam ten kraj, żeby zobaczyć, co można robić. Niestety nie na każdym tripie są ludzie, którzy z chęcią opuszczą swoje wygodne łóżko hotelowe, żeby eksplorować nowe miejsce, zwłaszcza na Czarnym Kontynencie. Tak więc zaczęłam szukać ciekawych informacji i planować dwa dni w moim pierwszym prawdziwym afrykańskim kraju.

Przed samym lotem wiedziałam, że muszę się odpowiednio nastawić psychicznie. Z całym szacunkiem dla ludzi tej rasy, ale z doświadczenia już wiem, że praca z Afrykańczykami jest dość ciężka i wiele rzeczy trzeba po prostu im odpuścić. Z resztą to nie dotyczy tylko ich. Każde zachowanie, wywodzące się z kultury odmiennej od naszej może być postrzegane jako nieodpowiednie, chamskie, czy po prostu idiotyczne. Często powtarzam, że w życiu widziałam już wiele i za każdym razem jak to powiem, jestem świadkiem czegoś, co kompletnie mnie zwala z nóg. Lot do Ghany był ciężki i racja, że niejeden pasażer zasługiwał na dużo mniej, niż zostało mu zaoferowane, ale w tym przypadku liczył się cel, a nie droga do niego Poza tym załoga świetnie się dogadywała i zaczęły powstawać wspólne plany (chociaż tym też nie można się z bardzo ekscytować, bo po lądowaniu nagle wszyscy są zmęczeni i nikt nie pojawia się na zbiórce).

To był mój pierwszy tak zwany multi-sector. Polega to zwykle na tym, że lecimy do jakiegoś kraju, gdzie mamy 24 godziny na odpoczynek, a następnego dnia operujemy lot tylko tam i z powrotem w inne miejsce lub kolejny layover i wracamy do hotelu na kolejną dobę. W tym przypadku lecieliśmy do Akry (Ghana), kolejnego dnia godzinę lotu tam i z powrotem do Abidżan (Wybrzeże Kości Słoniowej), noc znowu w Akrze i ostatniego dnia wylot do Dubaju. Są to też tak zwane tranzytowe loty, ponieważ część pasażerów wysiada w pierwszym miejscu, podczas gdy reszta kontynuuje. Ci, którzy zostają na pokładzie muszę się uzbroić w cierpliwość na co najmniej godzinę. W tym czasie przylatująca załoga liczy pozostałych pasażerów, jeśli liczba się zgadza, opuszczają pokład. Załoga odlatująca, z kolei, musi zrobić identyfikację wszystkich bagaży na pokładzie, w razie czego, gdyby ktoś z wychodzących czegoś zapomniał. Dodatkowo wchodzi też ekipa sprzątająca i grupa cateringowa, która wymienia wózki z jedzeniem i sprzętem potrzebnym do nowego serwisu. Muszę przyznać, że po sześciu latach latania od celu do celu, taki tranzytowy lot jest prawdziwym urozmaiceniem. Poza tym myślałam, że system ten istnieje tylko w USA, po tym jak wepchali mnie kiedyś do samolotu do Los Angeles, a po drodze wyrzucili w Arizonie  
 

Ghanijska flaga



Ghana leży w zachodniej Afryce nad Zatoką Gwinejską. Pod koniec XV wieku teren został odkryty przez Portugalczyków i stał się ich kolonią. Z racji pokładów złota, które z czasem zaczęto wydobywać, wybrzeże zostało nazwane Złotym. Kolejne kraje zaczęły przejmować teren, tworząc swoją własną kolonię. Ostatnim z nich była Wielka Brytania. W marcu 1957 Ghana jako pierwszy subsaharyjski kraj i jedna z pierwszych europejskich kolonii ogłosiła niepodległość. Doprowadził do tego Kwame Nkrumah, który trzy lata później w roku 1960 został ogłoszony pierwszym prezydentem. Bardzo ważna osoba w świadomości mieszkańców! Jak czytałam o Ghanie uderzył mnie fakt, że kraj jest dość bezpieczny dla podróżników. Tak też się czułam jak wędrowaliśmy uliczkami Akry. Ludzie są mega pozytywnie nastawieni do życia, dzieciaki pozowali do zdjęć, zaczepiali nas do rozmowy na ulicy, dorośli wypytywali o nasze kraje. W 2012 roku Ghana zajęła siódme miejsce z 53 krajów w rankingu na najmniej skorumpowany kraj politycznie i społecznie. Inną rzeczą, która nas uderzyła, to bardzo niski współczynnik palaczy, zauważone z resztą przez moją znajomą palaczkę Jak właśnie wyczytałam palacze stanowią poniżej 5% społeczności.

Pierwszego dnia zwiedziliśmy „centrum miasta”. Podaję w cudzysłowiu, ponieważ jak zapytałam taksówkarza o centrum, to mnie wyśmiał Warto jest więc zobaczyć Independence Square - Plac Niepodległości, Memorial Park - muzeum upamiętniające Kwame Nkrumah z grobem jego i jego żony. Gdziekolwiek się nie ruszyliśmy wszędzie podchodzili do nas mieszkańcy. Dołączyła do nas w pewnym momencie ekipa miejscowych muzyków. Oprowadzili nas po Jamestown, najstarszej dzielnicy Akry z latarnią morską, z której roztacza sie szokujący widok na biedną afrykańską okolicę i przybliżyli nam kulturę ludzi Ghany. Ali zaczyna dzień od fufu (potrawa zrobiona z manioka o konsystencji ciasta, którą moczy się w zupie albo sosie), bo od tego rosną mu mięśnie Następnego dnia po powrocie z Abidżan, było już za późno, żeby wskoczyć w bikini i wyłożyć się na plaży Labadi. Pojchaliśmy tam mimo wszystko, bo jest to najlepsza okolica z barami i restauracjami. Żeby wejść na plażę, trzeba zapłacić... jest drożej w weekend...  Śmieję się do tej pory, bo widzę uchachanych znajomych, pozujących do zdjęć w momencie podania obiadu – banku (sfermentowana kukurydza także o konsystencji ciasta) z grillowaną tilapią, w sosie chilli, a już kilka minut później każdy robi dobrą minę do złej gry...hahahahahha!!!! Nigdy więcej banku!  Pytałam Samiego jak się chronią przed malarią. Z racji, że nikt z nas nie brał tabletek przed wylotem i zapomnieliśmy kremów przeciw komarom. Piją dużo wody. A jak się zarażą? Każdy idzie do swojej wioski po zioła, które trzeba wypić w postaci ohydnego wywaru. Podobno po kolorze moczu można określić, że choroba zostaje zwalczona. To jaki jest ten kolor?? No po prostu ten kolor moczu pokazuje, że choroba ucieka...(?) Zapewne są to jakieś szamańskie sprawy, w które nie miałam głowy się mieszać Resztę wieczoru spędziliśmy przy ognisku w towarzystwie dość zabawnej ekipy lokalnych grajków, którzy na koniec chcieli od nas wyciągnąć pieniądze na wydanie płyty. Hahaha!! Olaliśmy sprawę... Wróciłam do hotelu z głęboką myślą: „Sista, you're royalty mind, not ice cream mind!” Co pewnie w naszym języku miało znaczyć, że jestem bystra




Jak wspominam ten layover widzę grupkę zgranych ludzi, którzy chętnie ruszają w poszukiwaniu przygód i kraj bogaty w kulturę, ciekawą kuchnię oraz jego mieszkańców z pozytywnym podejściem do życia i szamańskim myśleniem. Mam nadzieję, że ludzi z lotu jeszcze spotkam na nie jednym tripie!

Tymczasem jutro Londyn! Pierwszy raz A380 od czasów Singapuru!

 Dziołszki, szykujcie obcasy!!!!

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...