22 stycznia 2014

Wszystko ma swoją cenę

Nowy system do zamiany lotów jest rewelacyjny! Każdy wystawia swoje propozycje i z łatwością można przebierać w ofertach. Czasem ktoś potrzebuje, na przykład, Rzym zamiast Frankfurtu, bo ma tam rodzinę. Są osoby, które chcą więcej godzin, więc oddają swoje dni wolne za krótkie loty. Niektórzy są tak zdesperowani, ze oferują pieniądze za zamianę. Najdroższy dzień wolny, o którym słyszałam, kosztował dwieście funtów... akurat na waciki

Ja też już mam pierwszą zamianę za sobą – Newcastle bejbi!! Miałam Wenecję, której o dziwo nikt nie chciał. Jedna dziewczyna oferowała mi w zamian Dusseldorf, jak mi przecież zależało na locie do domu (heloł). Udało się ostatecznie. Jutro rano NCL, a w nocy dopiero wróciłam z Istambułu. Dzień wcześniej byłam w Mumbaju. Te dwie nazwy od razu sugerują, że mój organizm jedzie na oparach!! Indie, mimo, że są krótkim lotem, bo zaledwie trzy godziny w jedna stronę, są dość specyficzne. Podobno bilet z Dubaju do Mumbaju jest droższy niż do Londynu, więc wiadomo, że pasażerowie będą bardziej wymagać – klient płaci, klient ma i tym samymnie zwraca uwagi na kurtuazję. Do Mumbaju było spokojnie. Pewnie dlatego, że wypoczęci postawiliśmy stopę na pokładzie, a pasażerowie zwykle mają już za sobą jakiś długi lot ze Stanów Zjednoczonych, czy Europy. Wszystko czego pragną, to spać i znaleźć się w domu. Lot powrotny to zupełnie inna historia! Istny sajgon. Część ludzi podróżuje pierwszy raz – nie nie nie, nie szukajcie usprawiedliwienia! Bo z własnego doświadczenia wiem, że jak ktoś nie ma pojęcia o rzeczy, to siedzi pokornie i czeka na instrukcje albo obserwuje innych. W tym przypadku jest jakoś inaczej. Obsługuję pasażera, a następny w rzędzie za nim już się drze, że kawy jeszcze nie dostał – luz, będę tam za minutę, wytrzymasz Schylam się, wkładam tacę do wózka, ktoś mi do buzi kolejną wkłada – no chwila, przecież zębami niczego nie załatwię Podaję komuś koc, bo dyskretnie poprosił, pięć ludzi dookoła też chce, a po lądowaniu okazuje się, że ich nawet z opakowania nie wyciągnęli – rany, nie potrzebujesz, nie zawracaj głowy … Pełny serwis zajmuje około dwóch godzin, do tego trzeba doliczyć trzydzieści minut na przygotowanie kabiny do lądowania i kolejne tyle na zorganizowanie rzeczy do serwisu. Lot ma niecałe trzy godziny, a w tym trzeba jeszcze zmieścić milion zachcianek (czasem tak bzdurnych jak pytanie o pilnik do paznokci ??????)

Po takim locie człowiek wraca do domu, nie znając swojego imienia. Dobrze, że kierowcy naszych firmowych busików nas w miarę rozróżniają i obudzą tych, którzy powinni wysiąść. Istambuł jest czymś podobnym do Indii za wyjątkiem tego, że lot ma pięć godzin. Nikt nie chce pracować na tej trasie, bo mimo tak długiego lotu w jedną stronę, nie zostajemy na noc. Trzeba wracać drugie tyle do Dubaju. Tak więc doliczając cztery godziny przed odlotem na dojazd do centrali, briefing, przygotowania na pokładzie, godzinę w Istambule na pokładzie i dwie godziny po przylocie, dzień pracy ma więcej niż siedemnaście godzin. Czasem trzeba też wziąć pod uwagę opóźnienia (jak w przypadku Mumbaju), czy krążenie nad Dubajem w oczekiwaniu na miejsce do lądowania (jak w przypadku Istambułu). Wróciłam o trzeciej nad ranem do domu i myślałam, że wyzionę ducha. Jeszcze jakimś sposobem, trafiła mi się wczoraj obsługa galley. Przeważnie pozycję tą dostaje najbardziej doświadczony z ekonomicznej klasy. Wczoraj nikt się na nią nie chciał pisać – oczywiście, bo lot był pełny i szalenie długi. Trafiło się mnie, najmłodszej Był to mój pierwszy raz odkąd zaczęłam latać we wrześniu. Jak widziałam problemy z jakimi borykają się ci, co obsługują galley, stwierdziłam, że wolę być w kabinie z moimi pasażerami. Na wczorajszym locie, odmieniło mi się życie! Odnalazłam swoje miejsce na pokładzie, ha! Było ciężko, mało czasu, dużo przygotowań i pomagania załodze, ale dałam radę i na szczęście nie musiałam stawiać czoła temu, co się działo w kabinie. Sajgon razy tysiąc. Po opuszczeniu pokładu każdy z nas wyglądał jak staranowany przez walec. Seryjnie!

Czasem nie ma siły na szczery, sorrki!


Ale rozumiem, to była cena do zapłacenia za Newcastle, na który muszę wstać za sześć godzin  

W drodze powrotnej zabieram mojego mężczyznę, a parę dni później dolatują nasi znajomi z Londynu. Kanapa już się cieszy


16 stycznia 2014

Sao Paulo w 28 godzin

Ciągle mam mieszane uczucia co do tego miasta. Coś mnie w nim kreci, a jednak ma wiele minusów. Tym największym jest brak znajomości języka angielskiego. Tylko turyści władający portugalskim mogą z ulgą odetchnąć Innym problemem jest brak zdolności orientacji wśród mieszkańców miasta. Sao Paulo jest największym miastem w Brazylii i południowej półkuli, szóstym na świecie co do wielkości pod względem populacji. Żadne miasto do tej pory nie zrobiło na mnie takiego dziwnego wrażenia. Horyzontu nie widać w ogóle, las budynków dookoła.

Wyruszyliśmy małą grupką o 10 rano. Słonecznie, idealnie na zwiedzanie. Pierwszy na liście był sklep markowych japonek Havaianas – największy w Ameryce Południowej. Kupiłam jedną małą parę dla córki znajomej, którą wkrótce odwiedzam w Pradze. Nie umiałam się powstrzymać :D Spacerowaliśmy uliczkami miasta, główną aleją Paulista, aż złapał nas deszcz. Moim głównym celem było wejście na budynek coś w stylu budynku Empire State w Nowym Jorku, żeby zobaczyć widok na miasto. Część grupy wróciła do hotelu, a ja zostałam z jedną parką, którzy podobnie jak ja nie przejmowali się deszczem i problemami z komunikacją (nasza tłumaczka postanowiła wrócić do hotelu, choć jej pomoc i tak nam nie była potrzebna przy ubogiej orientacji ludzi lokalnych). Ostatecznie nikt nie potrafił nam wskazać szukanego obiektu, ale jakimś sposobem znaleźliśmy się na 50 piętrze pobliskiego budynku. Widok był dość marny i nie zachęcający w ogóle. Pewnie przy lepszej pogodzie moglibyśmy się bardziej cieszyć miastem i porządnie go poczuć Ostatnim punktem był market z lokalnymi produktami – przepyszne owoce, brazylijska kawa, świeże mięcho. Obładowani torbami wcisnęliśmy się do pełnego już pociągu. Ta jazda była kolejnym mega doświadczeniem! W godzinach szczytu, kiedy drzwi się otwierają, nikt nie jest w stanie wyjść, ludzie z zewnątrz od razu napierają, żeby dostać się do środka. Więc przez kilka sekund wszyscy stoją w miejscu, bo jedni chcą wyjść, drudzy wejść. Kompletnie zero logiki. Im więcej wyjdzie, tym więcej wejdzie – mam tą myśl rozłożyć na części pierwsze, czy co?

Ja osobiście życzę powodzenia tym, którzy wybierają się na mistrzostwa świata w piłce nożnej. Zdecydowanie kolejne Sao Paulo zamieniam na coś mniej stresującego




Najdłuższy lot w życiu

Mózg przestał funkcjonować, nogi odmawiają posłuszeństwa, żołądek boli z głodu, mimo, że jadłam przed lądowaniem, a na nowy posiłek nie mam siły. Już dawno nie byłam tak zmęczona po locie, ale też dużo czasu minęło od ostatniego razu, kiedy w powietrzu spędziłam więcej niż połowę doby. Praktycznie odkąd zaczęłam latać w nowej firmie, 10-godzinny lot do Perth był najdłuższym do tej pory. Ciągle mniej niż 12 godzin między Londynem i Japonią.

Dziś pobiłam swój własny rekord – 14 godzin i 9 minut non stop z Dubaju do Sao Paulo. Już sama świadomość tylu godzin w zamknięciu męczyła mnie, ale ciekawość nowego kraju wzięła oczywiście górę Jak się później okazało jeden chłopak zadzwonił sick (że jest chory – dość powszechne na lotach, których ludzie nie chcą robić), podobnie kilka dziewczyn z lotu miało taki sam zamiar. Długośc lotu to nie jedyny problem dla nich. Jedyne 28 godzin odpoczynku w Sao Paulo i kolejne 13 godzin do Dubaju, to prawdziwy killer. Mimo wszystko warto było. Ekipę mamy dość zgraną, pasażerowie byli przesympatyczni, łącznie z naszą rekordzistką – 15 godzin Sydney-Dubaj i kolejne 14 do Sao Paulo. Mogłaby nam dać nieźle w kość, a jednak rozmowa z nią wyłącznie uprzyjemniła mi lot.

14 godzin jakimś cudem szybko minęło. Po starcie podawaliśmy lunch. Przy nowym serwisie, który się zmienił od grudnia, zajmuje to czasem do trzech godzin przy pełnym pokładzie. Ten rok na szczęście zaczął się wyjątkowo dobrze dla mnie. Za każdym razem mam bardzo zgraną i zorganizowaną załogę. Zwykle kończymy wszystko w niecałe dwie godziny. Może to kwestia praktyki oraz tego, że ludzie przestali narzekać i wzięli się do pracy, bo jakby nie było kawę trzeba podać Później część z nas poszła na odpoczynek do crew bunk, znajdującego się nad głowami pasażerów w tylnej części kabiny. Wygląda tak samo jak w japońskich liniach z ta różnicą, że każde łóżko ma swój indywidualny ekran i można oglądać filmy, czy słuchać muzyki. Nie każdemu przychodzi spanie w tych warunkach z łatwością, zwłaszcza jak samolot wpada w turbulencje. Po trzech godzinach kolejny serwis, tym razem mała przekąska i napoje. Dużo sprawniej nam to idzie, gdyż większość pasażerów zawieszonych jest w krainie snu, a zasadą jest obsłużyć tylko tych, którzy nie śpią. Druga część załogi idzie do crew bunku, a my wypoczęci zostajemy na pokładzie i robimy tzw. we care – podawanie napojów co pół godziny, sprzątanie kabiny, obserwowanie pasażerów, w razie jak komuś coś dolega, sprawdzanie toalet pod względem czystości i niepożądanego pożaru. Jakiś czas temu na locie podobno jedna dziewczyna z załogi odkryła dym w toalecie wydostający się zza lustra. Sprawcą był przegrzany kabelek. Osobiście wolę pozostawić Galley FM i sprawdzać czy w kabinie wszystko gra Dwie godziny przed lądowaniem podaliśmy szybki obiad. Później już tylko przygotowanie do lądowania – zbieranie śmieci, koców, słuchawek, wypełnienie dokumentów z baru i zapieczętowanie wszystkich kontenerów w galley. Lądujemy wieczorem.

Odpoczywam właśnie w jednym z lepszych hoteli, w jakich się zatrzymujemy, z widokiem na jakąś część Sao Paulo (o którym nie mam zbytnio pojęcia), w wygodnym łóżku po relaksującej kąpieli. Za 28 godzin wylot, ale zanim się na nim zjawimy, zwiedzanie miasta. Jutro Wam powiem, czy mi się podoba


Widok z łóżka



08 stycznia 2014

100% cabin crew

Drzwi do naszego apartamentu w ogóle się nie zamykają, a na kanapie w salonie ciągle ktoś nocuje. Uwielbiam to! W zeszłym tygodniu miałam znowu gości – podekscytowanych, trochę wystraszonych, mało wymagających, pełnych szacunku dla otoczenia i ciekawych nowej kultury – moich rodziców

Odkąd jestem w Dubaju moja własna mama, nie mając zielonego pojęcia o tym miejscu, wiecznie mnie przed czymś ostrzegała. Nadszedł w końcu kres tym uciążliwym rozmowom, gdyż sama na własne oczy mogła zobaczyć, czym Dubaj tak naprawdę jest. Spędziliśmy bardzo intensywny tydzień poświęcony na odkrywanie, rozmowy i małą rozrywkę. Choć tak naprawdę głównym powodem, dla którego przyjechali była nasza uroczystość wręczenia dyplomów. Po męczących sześciu miesiącach okresu próbnego, w końcu staliśmy się „częścią rodziny”.

Opinii o tej uroczystości jest tak wiele, jak wielu z nas w niej brało udział. Już o siódmej rano musieliśmy się zebrać w auli na oficjalne przywitanie i grupową sesję zdjęciową. Była nas ponad setka. Cztery grupy, które dołączyły na początku lipca, tak jak ja i trzy grupy, które podpisały kontrakt tydzień przed nami. Co tydzień zostaje przyjętych 50-100 nowych członków. Moja znajoma z japońskiej linii, która poszła w ślad za mną i naszym kumplem, rozmowę kwalifikacyjną miała trzy miesiące temu, a oficjalną datę rozpoczęcia kursu wyznaczyli jej na koniec marca. Podobno wszystkie terminy są już zajęte. Jak to ktoś kiedyś skomentował – jesteśmy produktem masywnej arabskiej fabryki. Tym samym wielu ludzi odchodzi na samym początku, bo zdają sobie sprawę, że ta praca, to nie tylko podróżowanie...

Po sesji zdjęciowej mieliśmy kilka wykładów z pierwszej pomocy, bezpieczeństwa, obsługi klienta. Wszystkie oparte o najnowsze statystyki, zmiany w przepisach i historie, które miały miejsce na lotach w ostatnim czasie. Kilka informacji, które na pewno nam się przydają w przyszłości, albo po prostu dobrze mieć świadomość ich istnienia, ale nie sądzę, że było koniecznym ściąganie nas na aule o 7 nad ranem. Przed przerwą na lunch mieliśmy szybką sesję z uniformu. W jednym kącie nas ważono, w drugim sprawdzano nasz wygląd. Podejrzewam, że sprzedaż sałatek podczas lunchu zdecydowanie wzrosła, sama się do tego niestety przyczyniłam Wróciliśmy na aule, żeby przećwiczyć całą ceremonię – ze wstawaniem, ustawianiem się w rzędach, wchodzeniem na scenę i schodzeniem. Teraz dopiero wszyscy się odprężyli i zaczęli cieszyć chwilą, za kilka godzin zmieni nam się życie

Moi zdolni rodzice, ze znajomością języka angielskiego równym 0,5 jakimś cudem dojechali na ceremonię, która oficjalnie zaczęła się o 14:30. Zarówno mama jak i tata skakali po sali jak Japończyki z aparatami, aby nas uchwycić w każdej pozie. Mama Caroliny niestety nie miała wolnego, żeby przyjechać, więc Carola musi jej zdać raport w postaci zdjęć. Gorące powitanie ze strony prowadzącego Richarda – ex crew z British Airways i każdy po kolei wchodzi na scenę, żeby odebrać dyplom z rąk swojego menadżera. Każda grupa ma innego. Razem z nami kończyli okres próbny przyszli Purserzy, ci stojący najwyżej w załodze pokładowej. Pamiętałam jednego z nich – lecieliśmy razem do Zurychu. Gratulacje dla Was wszystkich!

Po wręczeniu dyplomów przyszła kolej na wyróżnienia. Główny menadżer departamentu cabin crew przeczytał pięć krótkich historii i czym dana osoba sobie zasłużyła na nagrodę. W tym momencie urok całego dnia minął, bo nagrody, które zostały przyznane, powinny trafić również do moich znajomych. W końcu przeżyli podobne historie na pokładzie. Nie wiem, na jakiej podstawie selekcja była dokonywana, ale jedno jest pewne – jest nas więcej w tej firmie Na koniec filmik złożony ze zdjęć z całego szkolenia – kolejny brak satysfakcji. Pojawiało się bardzo mało zdjęć naszej grupy, a jak już były to głównie przedstawiające znajoma, która odeszła w zeszłym miesiącu. Dobra, mamy już wszystko za sobą! Ludziska imprezują, bo są „absolwentami”, a ja śmigam zamieniać loty.

To jeden z naszych benefitów, przysługujący po okresie próbnym. W końcu system do zamiany lotów jest i dla nas aktywny. Mój plan na przyszłe miesiące – zamieniać wszystkie destynacje, w których już byłam głownie na coś nowego, Londyn, albo Newcastle, może i Warszawę, jak zacznie na trasie latać Boeing 777. Dzięki temu możemy mieć pełną kontrolę nad tym, ile pracujemy i gdzie pracujemy, czyli jednym słowem, to na czym nasze życie tutaj się opiera  Innym benefitem jest możliwość opuszczania Dubaju w dni wolne. Może inaczej... jeśli chcemy pojechać poza Dubaj, musimy poinformować o tym departament od grafiku. Aplikacja ta jest dostępna dla nas dopiero po okresie próbnym. Wprowadzono to nie po to, żeby firma miała nad nami kontrolę (co jest powszechnie uważane), ale po to, żeby widzieli, że nas nie ma w razie, jakby chcieli nam nagle coś zmienić w grafiku. Poza technicznymi aspektami, istnieją też te związane z karierą w firmie. Złożyłam podanie na tzw. business promotions. To dział, który zajmuje się promowaniem firmy na rożnych wydarzeniach sportowych i kulturowych. Dziewczyny (bo tylko one są brane pod uwagę) śmigają wtedy na sesje zdjęciowe, wręczenia pucharów, czy otwieranie konkursów gdziekolwiek w świecie. Przyjęcia do business promotions odbywają się z polecenia menadżera, przy dobrych ogólnych wynikach i osiągnięciach na lotach. Zostałam polecona, fajnie, jakby coś z tego niebawem wyszło


W skrócie podsumowanie sześciu miesięcy:
  • 68 lotów
  • 1 airport standby
  • 1 deadhead
  • odwiedzenie wielu starych znajomych przy okazji lotów
  • turonarounds: Indie, Liban, Pakistan, Turcja, Grecja, Kuwejt
  • layovers: Singapur, Szwajcaria, Australia, Niemcy, Włochy, Tajlandia, Anglia, Hong Kong, Ghana, Wybrzeże Kości Słoniowej, Indonezja, RPA
  • około 440 nowo poznanych członków załogi
  • list uznania do menadżera od jednego seniora
  • kilka pozytywnych komentarzy od pasażerów
  • wstawanie na lot o każdej porze dnia i nocy
  • jedne tygodniowe wakacje w Durham
  • kilka mniejszych wypadków medycznych na lotach – poparzenia, osłabnięcia
  • jednorazowe użycie sił policji do usunięcia pasażera z pokładu
  • mnóstwo turbulencji...

… oby tych było jak najmniej w pracy i życiu osobistym





07 stycznia 2014

Nie zawsze jest kolorowo

Nie wiem, czy to zbieg okoliczności, czy wynik przemęczenia, bo wiadomo, że wtedy odbiór rzeczywistości całkowicie się zmienia. Ale przyszedł jeden z tych dni, kiedy wiatr wieje centralnie w twarz i nie ma się czym zasłonić. Jednej nocy robiłam lot do Pakistanu, wróciłam nad ranem, ściągnęłam uniform, poszłam spać, wstałam, żeby założyć uniform na kolejny nocny lot do RPA. Powinno być super, w końcu spałam cały dzień, na locie będzie mój znajomy i jeszcze lecę gdzieś, gdzie trzy lata wcześniej śmigałam z plecakiem bo buszu, a żeby tego było mało, wracamy jako deadhead!! Mój pierwszy w nowej firmie. Super, bo podobno lecimy wtedy w biznes klasie i mamy za to płacone, w odróżnieniu od japońskiej firmy

Zonk!

Nie wiem, co podawano pasażerom w restauracjach w strefie wolnocłowej, bo takiego niewdzięcznego nastawienia nawet na indyjskich i pakistańskich lotach razem wziętych nie widziałam. W pewnej chwili myślałam, że operujemy lot pacjentów jakiegoś psychiatrycznego szpitala. Podczas naszego posiłku po głównym serwisie jedna pasażerka weszła między nas do galley i zaczęła grzebać w naszym jedzeniu, bez żadnego słowa „Przepraszam” czy „Mogłabym...”. Inny pasażer wykłócał się, że zasady bezpieczeństwa, które mamy na pokładzie są absurdalne i go nie obchodzą. Położył się spać na podłodze w samym przejściu. Myślał, że nikt go nie zobaczy w ciemnej kabinie, ale na pewno poczuła go pod nogami znajoma z załogi, przechodząca tamtędy. Wcześniej podczas serwisu jedna z dziewczyn, odpowiedzialna za galley, zaczęła stawiać fochy, co się przełożyło na humory całej reszty. Ogólnie beznadziejna atmosfera, zero komunikacji i więzi między załogą. Nienawidzę tych lotów, kiedy człowiek pojawia się na briefingu z pozytywnym nastawieniem, ale niestety nie jest na tyle silny, by wytrzymać w tym stanie do samego lądowania. Nieważne, lądujemy, jedziemy do hotelu, zamykam się w swoim pokoju i nie muszę z nikim rozmawiać 

W hotelu okazało się, że nasze pokoje nie są gotowe i musimy poczekać z jakąś godzinę… ???? W tym towarzystwie i kompletnie wyczerpanym? Zonk. W okolicy poza centrum handlowym, nie było nic ciekawego do robienia, a do samego centrum miasta było dość daleko. Czy w ogóle chce mi się gdzieś ruszać poza moje łóżko?? Byłam tutaj kilka lat wcześniej na wyprawie z mamą i znajomą. Zaczęłyśmy od Johannesburga, safari w Kruger Parku, zahaczyłyśmy o Lesotho i Swaziland, a skończyły na południowym wybrzeżu i Kapsztadzie. Wystarczą mi wspomnienia  Zatem dobre czasopismo, telewizja, którą bardzo rzadko oglądam od sześciu lat i internet, tym razem bardzo potrzebny, bo rodzice przyjeżdżają po moim powrocie do Dubaju i czekam, aż ich wizy zostaną wydane, żeby im jeszcze przesłać przed wylotem. Nerwówka!

Wake up call – na każdym layover jesteśmy budzeni godzinę przed zbiórką. Zakładam uniform – w odróżnieniu od japońskiej linii, tutaj wchodzimy na pokład w uniformie i przebieramy się w zwykłe ubrania krótko przed wejściem pasażerów. Wszyscy wyglądają na wypoczętych i szczęśliwych, bo nie muszą pracować w drodze powrotnej. Może teraz przynajmniej będzie lepszy kontakt między nami, nie poddaję się  Na lotnisku czeka nas wspaniała wiadomość – lot jest pełny, więc deadheadujemy w klasie ekonomicznej. Serio?! Czy jest coś jeszcze o czym powinniśmy wiedzieć??? Zonk x 100!

Znalazłam pozytyw i w tym. To w końcu tylko siedem godzin, a nie dwanaście, jak to bywało wcześniej między Londynem i Japonią. Naburmuszona dziewczyna z galley oczywiście dostała siedzenie obok mnie. Kompletnie ją ignorowałam do momentu, aż poczęstowała mnie owocami. Chyba zrozumiała, że zachowała się beznadziejnie na wcześniejszym locie. Jak to powiedział nasz Purser przed lotem: „Nie bierzcie czyjegoś brudu na siebie, po prostu odwróćcie się na pięcie i odejdźcie” (Jakby przeczuwał klimat!). Zaliczyłam trzy ciekawe filmy, odpoczęłam w mojej samotni, bez wdawania się w jakiekolwiek prymitywne rozmowy z resztą załogi. Jest tylko jedna rzecz, która mnie stresuje – wizy. Jeśli nie będzie ich w mojej skrzynce odbiorczej po wylądowaniu, muszę przebukować rodzicom bilety i wszystkie plany ulegną zmianom...

Po opuszczeniu samolotu znowu czekamy... Nie ma autobusu, który nas zabierze do centrali. Psychicznie już się nawet nastawiamy na to, że nasze bagaże gdzieś się zagubiły między opuszczeniem samolotu a dotarciem do lotniska. W końcu lepiej być zaskoczonym pozytywnie, niż rozczarowanym... po raz kolejny



Jestem w domu, we własnym łóżku, wizy dotarły do rodziców... teraz już tylko czekam. 




 




06 stycznia 2014

2014 ?

Dwa lata temu natrafiłam w magazynie na listę 25 drobnych rzeczy, których wykonanie w jakiś sposób pomaga w osiągnięciu wewnętrznego szczęścia, satysfakcji lub po prostu podnosi na duchu, w zależności, jak kto na to patrzy. Od tego czasu noszę ją wyciętą w moim kalendarzu każdego roku.

Oto ta lista:
  1. Uśmiechaj się do nieznajomych
  2. Mów „Dziękuję”
  3. Bądź obecny w danym momencie
  4. Spędzaj czas z ludźmi, którzy sprawiają, że akceptujesz samego siebie
  5. Pamiętaj, że ludzie wykorzystują wszelkie informacje najlepiej jak potrafią
  6. Ludzie nie oceniają cię tak surowo, jak ty sam siebie
  7. Stwórz listę swoich zalet
  8. Poświęć więcej czasu na swoje hobby
  9. Delektuj się jedzeniem
  10. Każda decyzja, którą podejmujesz jest wyborem
  11. Naucz się właściwie określać swoje uczucia
  12. Śmiej się
  13. Zrób kolaż ze zdjęć osób, które kochasz
  14. Zbieraj nagrody, które przypominają ci o tym, jaki jesteś wspaniały
  15. Każdego dnia zrób coś czego się trochę boisz
  16. Uporaj się ze swoja pracą papierkową
  17. Słuchaj innych ludzi. Naprawdę słuchaj...
  18. Postaw w widocznym miejscu pamiątkę z dzieciństwa. Badania dowodzą, że wzbudza to w ludziach dobre emocje
  19. Noś ubrania, które powodują, że czujesz się z siebie dumny
  20. Przygotuj się na ciężką rozmowę, aby mówić od serca a nie ze złości i w gniewie
  21. Zaakceptuj fakt, że wszystko się zmienia
  22. Szukaj pozytywów w ciężkim doświadczeniu
  23. Idź na spacer
  24. Dzisiejszy dramat może wcale nie być tak poważny jutro
  25. Każdego dnia zapisuj w dzienniku rzeczy, za które jesteś wdzięczny

W 2013 roku wybrałam punkt 25. Fakt, że jest to zadanie dość zobowiązujące, bo zapiski powinny być prowadzone codziennie, ale też daje wiele satysfakcji. Po całym tym doświadczeniu zrozumiałam jak fascynującym jest to, że czasem cieszy tylko kubek gorącej herbaty, albo zdolność podniesienia papierka z ulicy. Nie, to wcale nie świadczy o nudnym życiu! Wręcz przeciwnie, w tym ciągłym pośpiechu, przepychu, potrzebą posiadania, te najprostsze rzeczy nieraz dają zdecydowanie więcej satysfakcji i radości. Miniony rok był dla mnie dość przełomowy. Odeszłam z pracy po wielu latach (5 lat to dużo dla mnie, zwykle zmieniałam ją po sześciu miesiącach ), wyprowadziłam się z Londynu, mimo postanowień, że nigdy do tego nie dojdzie. Jako pół Polka, pół Angielka zaczęłam budować swoje nowe życie na północy Anglii, co zostało przerwane wyjazdem do nowej pracy na Bliski Wschód. Na każdym etapie tych przemian bacznie czuwała przy mnie rodzinka, jak nie fizycznie, to w myślach i wierni przyjaciele. Jestem bardzo wdzięczna za kolejny rok bogaty w nowe doświadczenia, znajomości i podróże.

Postanowienia na 2014??
Ha!!! 2014 niesie ze sobą duże 3 i 0, a odkąd pamiętam zawsze sobie mówiłam, że po trzydziestce zacznę realniej patrzeć na życie. Powoli zaczynam do tego dojrzewać, choć drobna część mnie chce ciągle jeszcze tego życia, które się teraz toczy  Cóż, wszystko w swoim czasie! A co do postanowień, są dwa:
  • w końcu wydać tą obiecaną książkę
  • popracować nad swoimi słabościami i fobiami

    "Jestem wdzięczna za..."



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...