16 stycznia 2014

Najdłuższy lot w życiu

Mózg przestał funkcjonować, nogi odmawiają posłuszeństwa, żołądek boli z głodu, mimo, że jadłam przed lądowaniem, a na nowy posiłek nie mam siły. Już dawno nie byłam tak zmęczona po locie, ale też dużo czasu minęło od ostatniego razu, kiedy w powietrzu spędziłam więcej niż połowę doby. Praktycznie odkąd zaczęłam latać w nowej firmie, 10-godzinny lot do Perth był najdłuższym do tej pory. Ciągle mniej niż 12 godzin między Londynem i Japonią.

Dziś pobiłam swój własny rekord – 14 godzin i 9 minut non stop z Dubaju do Sao Paulo. Już sama świadomość tylu godzin w zamknięciu męczyła mnie, ale ciekawość nowego kraju wzięła oczywiście górę Jak się później okazało jeden chłopak zadzwonił sick (że jest chory – dość powszechne na lotach, których ludzie nie chcą robić), podobnie kilka dziewczyn z lotu miało taki sam zamiar. Długośc lotu to nie jedyny problem dla nich. Jedyne 28 godzin odpoczynku w Sao Paulo i kolejne 13 godzin do Dubaju, to prawdziwy killer. Mimo wszystko warto było. Ekipę mamy dość zgraną, pasażerowie byli przesympatyczni, łącznie z naszą rekordzistką – 15 godzin Sydney-Dubaj i kolejne 14 do Sao Paulo. Mogłaby nam dać nieźle w kość, a jednak rozmowa z nią wyłącznie uprzyjemniła mi lot.

14 godzin jakimś cudem szybko minęło. Po starcie podawaliśmy lunch. Przy nowym serwisie, który się zmienił od grudnia, zajmuje to czasem do trzech godzin przy pełnym pokładzie. Ten rok na szczęście zaczął się wyjątkowo dobrze dla mnie. Za każdym razem mam bardzo zgraną i zorganizowaną załogę. Zwykle kończymy wszystko w niecałe dwie godziny. Może to kwestia praktyki oraz tego, że ludzie przestali narzekać i wzięli się do pracy, bo jakby nie było kawę trzeba podać Później część z nas poszła na odpoczynek do crew bunk, znajdującego się nad głowami pasażerów w tylnej części kabiny. Wygląda tak samo jak w japońskich liniach z ta różnicą, że każde łóżko ma swój indywidualny ekran i można oglądać filmy, czy słuchać muzyki. Nie każdemu przychodzi spanie w tych warunkach z łatwością, zwłaszcza jak samolot wpada w turbulencje. Po trzech godzinach kolejny serwis, tym razem mała przekąska i napoje. Dużo sprawniej nam to idzie, gdyż większość pasażerów zawieszonych jest w krainie snu, a zasadą jest obsłużyć tylko tych, którzy nie śpią. Druga część załogi idzie do crew bunku, a my wypoczęci zostajemy na pokładzie i robimy tzw. we care – podawanie napojów co pół godziny, sprzątanie kabiny, obserwowanie pasażerów, w razie jak komuś coś dolega, sprawdzanie toalet pod względem czystości i niepożądanego pożaru. Jakiś czas temu na locie podobno jedna dziewczyna z załogi odkryła dym w toalecie wydostający się zza lustra. Sprawcą był przegrzany kabelek. Osobiście wolę pozostawić Galley FM i sprawdzać czy w kabinie wszystko gra Dwie godziny przed lądowaniem podaliśmy szybki obiad. Później już tylko przygotowanie do lądowania – zbieranie śmieci, koców, słuchawek, wypełnienie dokumentów z baru i zapieczętowanie wszystkich kontenerów w galley. Lądujemy wieczorem.

Odpoczywam właśnie w jednym z lepszych hoteli, w jakich się zatrzymujemy, z widokiem na jakąś część Sao Paulo (o którym nie mam zbytnio pojęcia), w wygodnym łóżku po relaksującej kąpieli. Za 28 godzin wylot, ale zanim się na nim zjawimy, zwiedzanie miasta. Jutro Wam powiem, czy mi się podoba


Widok z łóżka



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...