Nie zawsze jest kolorowo

stycznia 07, 2014

Nie wiem, czy to zbieg okoliczności, czy wynik przemęczenia, bo wiadomo, że wtedy odbiór rzeczywistości całkowicie się zmienia. Ale przyszedł jeden z tych dni, kiedy wiatr wieje centralnie w twarz i nie ma się czym zasłonić. Jednej nocy robiłam lot do Pakistanu, wróciłam nad ranem, ściągnęłam uniform, poszłam spać, wstałam, żeby założyć uniform na kolejny nocny lot do RPA. Powinno być super, w końcu spałam cały dzień, na locie będzie mój znajomy i jeszcze lecę gdzieś, gdzie trzy lata wcześniej śmigałam z plecakiem bo buszu, a żeby tego było mało, wracamy jako deadhead!! Mój pierwszy w nowej firmie. Super, bo podobno lecimy wtedy w biznes klasie i mamy za to płacone, w odróżnieniu od japońskiej firmy 😉

Zonk!

Nie wiem, co podawano pasażerom w restauracjach w strefie wolnocłowej, bo takiego niewdzięcznego nastawienia nawet na indyjskich i pakistańskich lotach razem wziętych nie widziałam. W pewnej chwili myślałam, że operujemy lot pacjentów jakiegoś psychiatrycznego szpitala. Podczas naszego posiłku po głównym serwisie jedna pasażerka weszła między nas do galley i zaczęła grzebać w naszym jedzeniu, bez żadnego słowa „Przepraszam” czy „Mogłabym...”. Inny pasażer wykłócał się, że zasady bezpieczeństwa, które mamy na pokładzie są absurdalne i go nie obchodzą. Położył się spać na podłodze w samym przejściu. Myślał, że nikt go nie zobaczy w ciemnej kabinie, ale na pewno poczuła go pod nogami znajoma z załogi, przechodząca tamtędy. Wcześniej podczas serwisu jedna z dziewczyn, odpowiedzialna za galley, zaczęła stawiać fochy, co się przełożyło na humory całej reszty. Ogólnie beznadziejna atmosfera, zero komunikacji i więzi między załogą. Nienawidzę tych lotów, kiedy człowiek pojawia się na briefingu z pozytywnym nastawieniem, ale niestety nie jest na tyle silny, by wytrzymać w tym stanie do samego lądowania. Nieważne, lądujemy, jedziemy do hotelu, zamykam się w swoim pokoju i nie muszę z nikim rozmawiać  😉

W hotelu okazało się, że nasze pokoje nie są gotowe i musimy poczekać z jakąś godzinę… ???? W tym towarzystwie i kompletnie wyczerpanym? Zonk. W okolicy poza centrum handlowym, nie było nic ciekawego do robienia, a do samego centrum miasta było dość daleko. Czy w ogóle chce mi się gdzieś ruszać poza moje łóżko?? Byłam tutaj kilka lat wcześniej na wyprawie z mamą i znajomą. Zaczęłyśmy od Johannesburga, safari w Kruger Parku, zahaczyłyśmy o Lesotho i Swaziland, a skończyły na południowym wybrzeżu i Kapsztadzie. Wystarczą mi wspomnienia 😜 Zatem dobre czasopismo, telewizja, którą bardzo rzadko oglądam od sześciu lat i internet, tym razem bardzo potrzebny, bo rodzice przyjeżdżają po moim powrocie do Dubaju i czekam, aż ich wizy zostaną wydane, żeby im jeszcze przesłać przed wylotem. Nerwówka!

Wake up call – na każdym layover jesteśmy budzeni godzinę przed zbiórką. Zakładam uniform – w odróżnieniu od japońskiej linii, tutaj wchodzimy na pokład w uniformie i przebieramy się w zwykłe ubrania krótko przed wejściem pasażerów. Wszyscy wyglądają na wypoczętych i szczęśliwych, bo nie muszą pracować w drodze powrotnej. Może teraz przynajmniej będzie lepszy kontakt między nami, nie poddaję się 😉 Na lotnisku czeka nas wspaniała wiadomość – lot jest pełny, więc deadheadujemy w klasie ekonomicznej. Serio?! Czy jest coś jeszcze o czym powinniśmy wiedzieć??? Zonk x 100!

Znalazłam pozytyw i w tym. To w końcu tylko siedem godzin, a nie dwanaście, jak to bywało wcześniej między Londynem i Japonią. Naburmuszona dziewczyna z galley oczywiście dostała siedzenie obok mnie. Kompletnie ją ignorowałam do momentu, aż poczęstowała mnie owocami. Chyba zrozumiała, że zachowała się beznadziejnie na wcześniejszym locie. Jak to powiedział nasz purser przed lotem: „Nie bierzcie czyjegoś brudu na siebie, po prostu odwróćcie się na pięcie i odejdźcie” (Jakby przeczuwał klimat!). Zaliczyłam trzy ciekawe filmy, odpoczęłam w mojej samotni, bez wdawania się w jakiekolwiek prymitywne rozmowy z resztą załogi. Jest tylko jedna rzecz, która mnie stresuje – wizy. Jeśli nie będzie ich w mojej skrzynce odbiorczej po wylądowaniu, muszę przebukować rodzicom bilety i wszystkie plany ulegną zmianom...

Po opuszczeniu samolotu znowu czekamy... Nie ma autobusu, który nas zabierze do centrali. Psychicznie już się nawet nastawiamy na to, że nasze bagaże gdzieś się zagubiły między opuszczeniem samolotu a dotarciem do lotniska. W końcu lepiej być zaskoczonym pozytywnie, niż rozczarowanym... po raz kolejny 🙈

Jestem w domu, we własnym łóżku, wizy dotarły do rodziców... teraz już tylko czekam. 


 


Przeczytaj również

0 komentarze

Archiwum

Obserwuj bloga