20 lutego 2014

Fascynatka krótkich lotów

Dziewczyny o prostych włosach, chcą kręcone, te z kręconymi z kolei chcą proste; osoby wysokie wolałyby nie wyróżniać się w tłumie, te niskie chciałyby dodatkowe parę centymetrów; mieszkańcy mokrej Anglii marzą o domku letniskowym w Hiszpanii, w arabskich krajach modlą się o deszcz. Bywa tak, że chcemy tego, czego nie mamy lub nie doświadczamy, prawda?

W pierwszej linii lotniczej, dla której pracowałam, krótkie tripy po Europie były zdecydowanie dużym wyzwaniem. Dość powszechne 45-minutowe loty, gdzie nieraz zmuszeni byliśmy zakończyć serwis w połowie kabiny, były powodem wielu skarg i niezadowolenia pasażerów, co z czasem zaczęło mi wychodzić bokiem. Chciałam spędzać więcej czasu na pokładzie nie tylko serwując kanapki, ale też poznając ludzi i ich osobiste historie. Zmieniło się to w kolejnej firmie. Przez następne pięć lat pracowałam tylko na długich trasach, gdzie lot nie trwał krócej niż dziesięć godzin. Marzyły mi się wtedy powroty do domu jeszcze tego samego dnia, spanie we własnym łóżku i dni bez jetlaga.

Czy w końcu trafiłam tam, gdzie chciałam? Zdecydowanie tak. Obecna firma wysyła nas zarówno na krótkie jak i długie loty, co daje świetne urozmaicenie. Zdaję sobie sprawę, że przez dłuższy czas robiłam długie loty, kiedy jadę na lotnisko tylko z podręcznym bagażem i ciągle mam uczucie, jakbym czegoś zapomniała Normalnym jest wśród załogi rezygnowanie z turnaroundów pod pretekstem wyimaginowanej choroby. Nie dla mnie!  I tylko dlatego, że chce mi się wychodzić z łóżka na 45-minutowy lot, jestem postrzegana za dziwoląga.

Krótkie loty są dość specyficzne. Bywają ciężkie, otwierają oczy na wiele aspektów społecznych, budują charakter, a jednocześnie wzbudzają w nas najgorsze emocje, frustracje i gaszą wiarę w człowieczeństwo. Niektóre loty, jak na przykład Turcja czy Grecja, trwają około pięciu godzin w jedną stronę i niestety ciągle są tylko turnaroundem. Taki trip to bite dziesięć godzin chodzenia. Pracujemy do momentu, aż się skończy całe whisky w barze i wszystkie filiżanki na pokładzie. Zwłaszcza na tureckim locie, 380 ludzi non stop prosi o kawę lub herbatę.

Arabia Saudyjska, to kolejne wyzwanie. Większość pasażerów udaje się na pielgrzymkę do Mekki. Na takim locie poza barierą językową, pojawiają się utrudnienia związane z religijnymi aspektami przygotowań do podróży (na pewnym etapie lotu, mężczyźni przebierają się w uroczyste szaty, nie ma z nimi żadnego kontaktu i nie można ich dotykać) oraz odwieczny problem nadbagażu, którym w drodze powrotnej jest zam zam, woda ze świętego źródła w Mekce.

Indie, do których lecimy jakieś dwie do czterech godzin, w zależności od destynacji, wyróżniają się zmęczonymi pasażerami, ryczącymi dzieciakami i wiecznymi zażaleniami czy to związanymi z serwisem, czy jakimś ogólnym widzimisię. To są głównie ludzie, którzy mieszkają w USA albo Europie i wracają w odwiedziny do rodziny. Ich przekształcona mentalność nieraz odzwierciedla się w pogardliwym nastawieniu do załogi. Na szczęście istnieją wyjątki!

Pakistan z jakiegoś powodu siedzi głęboko w moim sercu. To ponowne wyzwania związane z brakiem czasu na pełny serwis, ciężkie bagaże i ogólnie „syf, kiła i mogiła”. Robię jednak te loty tak często, że zaczynam pojmować system. Większość pasażerów stanowi tanią siłę roboczą w Dubaju. Ich bilety są często kupowane przez jakiegoś szefa, a sami stawiają stopę na pokładzie po raz pierwszy. Są analfabetami i nie wiedzą, gdzie są ich siedzenia, jak umieścić bagaż, więc pomoc przy boardingu jest jak najbardziej od nas wymagana. Długo mi zajęło zanim to pojęłam. Przez kilka miesięcy wkurzałam się, że nikt nie siada na swoim siedzeniu i mam zamieszanie w kabinie, aż w końcu pewnego dnia zaświeciła się ta żarówa nad moją głową. Podczas serwisu przeważnie boją się odezwać, bo nie wiedzą, czy to za darmo, czy trzeba płacić, a poza tym większość produktów jest poza ich zasięgiem w ojczystym kraju. Zespół sprzątaczy, który wchodzi na pokład podczas naszego postoju, zawsze uderza mnie swoją pokorą i skromnością. Starają się doprowadzić cały samolot do porządku w jakieś pięć minut, nie wchodząc nam przy tym w drogę. Entuzjastycznie nas witają, ale też ze spuszczonymi głowami, unikając często kontaktu wzrokowego (ta nasza czerwona szminka musi ich onieśmielać! ). Zawsze staram się położyć gdzieś w widocznym miejscu, w galley jakieś batony, czy kanapki, które są dla załogi, ale niestety wyrzucane po locie, bo nikt ich nie chce tknąć nawet palcem. Aż mnie serducho ściska, kiedy widzę, jak w pośpiechu i stresie zgarniają wafelki dla swoich pociech.

Bangladesz ma podobny profil pasażerów. Nie wiedzą gdzie usiąść, jak schować bagaż, jak poprosić o wodę, czy nawet jak skorzystać z toalety zamiast załatwiać swój biznes w kabinie (naprawdę się zdarza!), ale są przy tym pokorni i pełni uznania dla naszej pracy. Na tych lotach zawsze coś się dzieje. Moja psiapsióła zasługuje na „Star of the month” („Gwiazda miesiąca”, przyznawana załodze za wybitne zasługi). Na jednym z jej lotów do Bangladeszu, podczas przygotowania kabiny do lotu, zauważyła rzewnie płaczącą kobietę. Dzięki pomocy jednego z członków załogi, który rozmawiał w lokalnym języku, dowiedziała się, że owa kobieta jest właśnie deportowana. Jeszcze będąc w swoim kraju wysłała wszystkie oszczędności firmie, która miała zadbać o jej wizę, nową pracę i mieszkanie w Dubaju. Po przylocie okazało się, że to była jedna wielka ściema. Nie ma niczego, włącznie z pieniędzmi. Uderzona sytuacją psiapsióła zaproponowała swoje sto dirhamów, aby pomóc kobiecie przeżyć przynajmniej kilka dni po powrocie do Bangladeszu. W ślad za nią poszła reszta załogi i nawet kilku pasażerów. Ostatecznie uzbierali prawie dwa tysiące dirhamów, co podobno bez problemu wystarczy jej na kilka miesięcy!!! Płakałam, jak mi opowiadała tą historię...


List, uzbierane pieniądze i czekoladki na osłodzenie życia



I dlatego właśnie kocham krótkie loty! Mamy tylko kilka godzin, aby odmienić czyjeś życie  





14 lutego 2014

Jak w telenoweli

Komentarz jednej z czytelniczek mojego bloga zainspirował mnie do napisania tej historii. Wspomniała ona bowiem, że podróżując często siedzi z nosem przyklejonym do szyby...

Chciałam odnaleźć tą kartę pokładową, którą trzymam razem z setką pozostałych

Kilka lat temu (więcej niż pięć, a mniej niż dziesięć) postawiłam stopę na pokładzie samolotu, pozostawiając za sobą londyńskie życie, znajomych, burzliwy związek i pracę w Harrodsie. Wszystko po to, żeby spełnić swoje marzenie... to o lataniu. Kilka tygodni po rozmowie kwalifikacyjnej do jednej z europejskich, niskokosztowych linii przyszedł mail z gratulacjami i opcją wyboru bazy podczas szkolenia. Postawiłam na Włochy z racji, że kilka lat wcześniej uczyłam się języka, zatem będzie okazja odświeżyć pamięć, a poza tym Piza w maju wydawała mi się wtedy bardziej zachęcająca, niż Budapeszt. Miesiąc na włoskiej ziemi brzmiał atrakcyjnie i jednocześnie przerażająco. Zdecydowanie opuszczam swoją strefę komfortu. Nie jestem mentalnie i fizycznie przygotowana na te zmiany, ale to jest okazja, którą złapałam i nie wypuszczę za żadne skarby.

Przy wejściu na pokład chłopak z załogi, sprawdzając mój bilet, spojrzał na mnie, jakby we mnie kogoś rozpoznał. „Może gdzieś mają zaznaczone, że jestem jedną z osób, lecących na szkolenie?” pomyślałam wtedy. Pamiętam, że siedziałam w tylnej części kabiny, po prawej stronie, patrząc na kokpit. Za oknem oddalające się domy, warstwa chmur i nad nią to przepiękne, lazurowe niebo. Promienie słońca odbijające się od okna, ogrzewające tym samym moją twarz. Czuję się bosko. Odkładam stres na bok, po lądowaniu będzie, co ma być. Rozkoszuję się każdą minutą z nosem przylepionym do okna. W pewnej chwili ktoś mnie klepie po ramieniu, a kiedy się odwracam, na kolanach ląduje mi serwetka: „ Co taka piękna dziewczyna, jak TY, robi sama na pokładzie?”. Ale kiepski podryw! No ja cię kręcę! Serio?! „Ta dziewczyna będzie robić dokładnie to samo co TY”. Chwilę później już byłam pochłonięta rozmową z dokładnie tym samym chłopakiem, który sprawdzał wcześniej mój bilet. Po kilku tygodniach przyznał się, że to było natychmiastowe zauroczenie z jego strony. Przy wychodzeniu wcisnął mi do ręki kolejną serwetkę z numerem: „Jeśli kiedykolwiek będziesz czegoś potrzebować, dzwoń”. 

Tego dnia zaczęła się moja przygoda z lataniem


Na lotnisku czekał na nas menadżer bazy. Poza mną były jeszcze dwie inne dziewczyny, które również zaczynały szkolenie. Każda z nas została odwieziona w inne miejsce. Z tego, co pamiętam, mieliśmy wybrać sobie zakwaterowanie z listy, którą nam przesłano w powitalnym pakiecie. Po latach dzielenia pokoju starałam się o miejsce prywatne i tym samym trafiłam do trzypokojowego mieszkania z włoskimi studentkami. Kiedy zgodziłam się na warunki mieszkalne i wniosłam swoje bagaże, menadżer zażądał ode mnie pieniędzy za wynajem za cały pobyt – 400 euro. W portfelu miałam jedynie 405. Za tydzień miałam dostać ostatnią wypłatę z Harrodsa. Fabio nie zgodził się na raty, wspomniał o jakimś warunku, którego oczywiście nie doczytałam. Zostałam z 5 euro w kieszeni na cały tydzień. W tym momencie przepraszam rodzinę za alarm i postawienie wszystkich na nogi. Dziś bym się zaśmiała i zrobiła od razu debet na koncie. Wtedy zamarłam z przerażenia i zamiast myśleć racjonalnie, ze łzami w oczach wybiegłam na ulicę (nie zapisując nawet adresu! Kolejny zonk Aga!). Po godzinach błądzenia, użerania się z zaczepkami miejscowych Włochów i na głodzie, bo w niedzielę o tej porze już wszystko było pozamykane, znalazłam swój kąt. Nie mogłam zasnąć, bo następnego dnia zaczynała się moja przygoda z lataniem.

Później już wszystko było jak w bajce... ciekawe przedmioty na szkoleniu, wycieczki na lotnisko, odkrywanie samolotu od innej strony, zawieranie przyjaźni z moją grupą, szkolenie włoskiego dzięki moim współlokatorkom i ich znajomym, wspólne aperitivo, upalne dni na plaży, prezenty od mojego latającego Włocha, romantyczne kolacje, urodziny-niespodzianka w Paryżu.... aż wszystko się rozpadło cztery miesiące później, kiedy opuszczałam bazę w Irlandii i chciałam zamknąć ten etap życia na dobre. On dziś jest pilotem, kim ja zawsze chciałam być, a ja pracuję dla firmy, dla której on dałby się pociąć.

No i właśnie to wyszło z tego nosa przylepionego do szyby...


Happy Valentine's everyone  



Z ostatniej chwili... zostałam wezwana na Brisbane - Auckland !!! Wracam do Eldorado, idealny prezent na Walentynki!


               

13 lutego 2014

Trzynastka

Nie jestem przesądna ani trochę, a jednak na coś muszę zwalić niepowodzenia dzisiejszego dnia <!!!!>

Zaczęło się z samego rana, kiedy włączyłam naszą firmową aplikację z grafikiem... Usunięto mnie z lotu do Tajwanu!!! Nieeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeeee! Wczoraj spędziłam większość dnia, szukając w internecie ciekawych miejsc do zwiedzenia w Tajpej i wiecie co? Zauroczyło mnie to państwo kompletnie, zaczęłam nawet odliczać godziny do jutrzejszego wylotu. Tymczasem taka niespodzianka z rana. Wpadłam w jakiś dziwny stan rozczarowania i paniki. Napisałam nawet maila do mojej menadżerki, prosząc o dane kontaktowe osoby, która grafik układa. Skoro jest to trip, za który się z kimś zamieniłam, czemu zostaje mi on odebrany bez uprzedzenia?! Dopiero po powrocie z siłowni, gdzie zostawiłam całe napięcie i rozgoryczenie, doszłam do wniosku, że to czysty pech. Z racji, że to nowa destynacja (do Tajwanu zaczęliśmy latać dopiero od kilku dni), samoloty na tej trasie są jeszcze dość puste. Zapewne został zmieniony B777-300 na B777-200, do którego obsługi potrzeba mniej załogi, a że byłam najmłodsza rangą na tym locie, usunięto właśnie mnie (chliP chliPPP)...

Pojechałam więc na spotkanie ze znajomą, z którą od dłuższego czasu planowałyśmy jazdę na snowboardzie w samym sercu Dubaju Czekałam na nią ponad godzinę. Pojawiła się dopiero w momencie, kiedy chciałam wracać do domu. Mało tego. Zapomniała naszych biletów, tak więc z jazdy nici. Jej, z kolei, zepsuł się komputer i nie mogła biletów wydrukować, a w drodze na nasze spotkanie rozładował jej się telefon. Widać nie tylko mnie dopadła TRZYNASTKA...

Po powrocie do domu uderza mnie historia z jakąś żyrafą, nieszczęśliwym wypadkiem w Australii. Na tym się nie kończy... Moja kochana portugalska psiapsióła wrzuca na portalu społecznościowym artykuł jakiejś smutnej dziewczyny, piszącej o tym, jakie życie cabin crew jest tragiczne – nie sypia, zażywa milion różnych lekarstw na wiele schorzeń, wiecznie upokarzana przez pasażerów, nieszanowana przez szefa, jest tak wewnętrznie zniszczona, że nie może dać narządów do przeszczepu, omijają ja wszystkie ważne rodzinne wydarzenia i ogólnie nic, tylko uciekać z tego powietrznego więzienia...

Sprawdzam znowu grafik, standby z domu od 8 do 14. Ha! Nawet nie wiem, jak się spakować. Oby mnie tylko na coś wywołali, bo przyjechałam do tego kraju pracować, a nie zbijać bąki. Usuwając mnie z Tajwanu, odebrali mi jednocześnie 18 godzin, co daje dużo więcej niż półroczne zaopatrzenie wacików...


Po lewej - jak do ciepłych krajów, po prawej - jak do zimnych


I do tego jeszcze kolejne oddzielne Walentynki... 


  

STOP !!!

- może do Tajwanu nie miałam lecieć, bo jest jakiś tajfun, tsunami, czy cokolwiek innego, więc i tak bym niczego nie zwiedziła. Mam przecież jeszcze jeden w tym miesiącu, oby mi go zostawili,
- może nie miałam dziś zakładać deski na nogi, bo mogło sie to skończyć inaczej, niż zakładałam, a przynajmniej spotkałam się z moją znajomą w ulubionej restauracji,
- może dziewczyna, która pisała wspomniany artykuł w ogóle nie miała powołania do tej pracy i zrozumiem jak moja psiapsióła też odejdzie, bo wolę ją odwiedzać o zdrowych zmysłach w Portugalii,
- może jutro mnie wywołają na coś ciekawego. W końcu lepiej jest mieć tą szansę, niż z góry narzucony dzień wolny,
- może i oddzielnie, ale zawsze razem CMOOOK




09 lutego 2014

Duty Free nie takie stress free

Już wiecie, że byłam na długim, sześciodniowym tripie z Sydney i Auckland. Przed każdym lotem Purser wysyła maila do operującej załogi z ważnymi tematami dotyczącymi bezpieczeństwa i serwisu. Dodatkowo na Airbusie 380 dostajemy informacje odnośnie naszych pozycji na pokładzie. Przy 24-osobowej załodze podczas 15 minut briefingu ciężko jest ustalić kto, gdzie siedzi i za co jest odpowiedzialny.

Otworzyłam maila i zdębiałam – ML4, znienawidzone Duty Free. Do diaska! Dopadło i mnie w końcu. Odkąd zaczęłam latać dla tej firmy, nie byłam jeszcze odpowiedzialna za sprzedaż na pokładzie. W końcu na A380 byłam tylko dwa razy! Latam głownie na Boeingu 777, a tam duty free robi tylko załoga z biznes klasy. Żeby było ciekawiej, bawię się perfumami na wszystkich czterech sektorach. Jest to nienormalne, bo pozycje przeważnie się zamienia na każdym locie, po to, żeby podział obowiązków był sprawiedliwy. Decyzja Purserki pewnie opierała się o fakt, że ja i Julia jesteśmy najbardziej doświadczone w ekonomicznej klasie na tym tripie. Co znowu, do diaska, jest pojęciem względnym! Mimo, że latam dłużej od pozostałych, z A380 mam mało wspólnego.

Teoretyczna wiedza dotycząca duty free, którą nam przekazano na szkoleniu niewiele mi dała, szczerze powiedziawszy. Człowiek łatwiej pojmuje rzeczy, kiedy sam doświadcza ich w rzeczywistości. Tak więc miałam milion pytań do Julii i pozostałych, którzy byli bardziej obeznani z procedurą sprzedaży na pokładzie. Co mnie przerażało, to przede wszystkim duża odpowiedzialność za pieniądze, do tego zgubione, albo zniszczone produkty i przeliczenia walutowe, plus cała konieczna dokumentacja przed, w czasie i po locie, posługiwanie się podręcznym komputerem i znajomość towaru (czym nigdy wcześniej się nie interesowałam z jakiegoś powodu). Sprzedaż kosmetyków i interakcja z pasażerami to z kolei czysta przyjemność

Po wejściu na pokład, sprawdzamy czy produkty są dostępne i czy poza nimi nie ma w wózku niczego innego, niepożądanego... Po serwisie, otwieramy sprzedaż. Trzeba się upewnić, że zawartość wózków zgadza się z inwentarzem. Wszelkie braki należy zgłosić, by uniknąć nieprzyjemności związanych z mniejszą wypłatą. Przed lądowaniem, zamykamy wózki, drukujemy podsumowanie sprzedaży, inwentarz końcowy – dokumentacja potrzebna dla kasjera w bazie. 


Dubaj – Sydney. Prawie łatwizna. Po sprawdzeniu dostępności wózków z artykułami, okazało się, że nie mamy podręcznych komputerów i wszystko trzeba będzie przeliczać manualnie. Spoko, jakoś damy radę. Słyszałam, że jest to bardzo czasochłonne, ale skoro opanuję to teraz na długim locie, wszystko inne będzie łatwizną. Przez trzynaście godzin sprzedałam tylko jeden długopis. Jest lepiej niż myslałam! Zaczynam przynajmniej łapać na czym to wszystko polega


Sydney – Auckland. Niemiła niespodzianka. Lot trwał 2 godziny i 45 minut, pasażerów było 390. W połowie serwisu zostałam zwolniona, żeby sprawdzić inwentarz. Z każdą kolejną wyciągniętą szufladką odkrywam, że produktów mam mniej, niż powinnam. Grr!!! Teraz muszę sprawdzić jeden po drugim, żeby zgłosić brakujące kody i uniknąć kary finansowej. Stres wziął górę. Już później sama nie wiedziałam, czy to zbieg okoliczności, że tyle rzeczy brakuje, czy robię coś niestety źle, a do lądowania zostają minuty. Nie dałam rady nawet wyjść do kabiny ze sprzedażą. Gdyby każdy z nas robił swoją pracę w sposób, w który powinna być wykonana, wszystko byłoby łatwiejsze dla kolejnej osoby. Szkoda, że wcześniejsza załoga nie przyłożyła się porządniej do swojego zadania. Choć z drugiej strony, może osoba, która ostatnia miała do czynienia z tym wózkiem też była nowa (i do tego mniej kumata). Nabieram zrozumienia.

Auckland – Sydney. Tragedia. Julia poparzyła się przed serwisem i nie pracuje na locie. W ekonomicznej i biznes klasie mamy po dwie osoby odpowiedzialne za sprzedaż. Każda z nich pracuje na jednej stronie pokładu. Julia wraca jako pasażer, więc muszę zrobić sprzedaż w całej klasie ekonomicznej. Otwieram wózek... jest podręczny komputer. Do diaska!! Teraz?? Kiedy mentalnie jestem przygotowana na manualną sprzedaż? Znowu milion pytań przy otwieraniu systemu, inwentarzu, drukowaniu, itd. A jak na złość wszystkim się podoba nowy magazyn. Nowy magazyn??!! To znaczy nowe produkty, o których już w ogóle nie mam pojęcia. No nieeee!!! I znowu tylko trzy godziny lotu... Przepraszam tych, do których nie dotarłam, albo którym obiecałam pokazać produkt, o który pytali i nigdy nie wróciłam, ale fizycznie nie dałam rady być wszędzie. Musiałam wybrać i obsłużyłam tylko tych pasażerów, którzy chcieli kupić więcej niż dwa produkty. Po lądowaniu, kiedy wszyscy opuszczali pokład, byłam jeszcze w kamizelce do serwisu, wypełniając ostatnie dokumenty. Masakra!! W Sydney natomiast szukałam kantoru, żeby wymienić dolary nowozelandzkie na dirhamy. Okazało się, że nie przyjmujemy tej waluty, a nie miałam serca odmówić pasażerce perfum

Sydney – Dubaj. Nic mnie już nie ruszy. Na dłuższym locie oczywiście jest mniej stresu związanego ze sprzedażą. Mamy więcej czasu na obsługę pasażerów i papierkową robotę. Razem z Julią zostałyśmy wysłane na pierwszy odpoczynek zaraz po serwisie. Wtedy, kiedy ludzie są obudzeni i można by sprzedać wiele rzeczy. No cóż, nie ja decyduję. Przez cały lot wszyscy spali, godzinę przed lądowaniem sprzedałam tylko jeden długopis... ten sam, który sprzedałam z Dubaju do Sydney. Hmmm...chyba zacznę go polecać na moich przyszłych lotach

W Dubaju po wylądowaniu odpowiedzialni za duty free muszą zwrócić wszystko do kasjera. Kolejne pół godziny wypełniania dokumentów dla mnie i Julii...

Było wiecznie stresująco i zaskakująco, ale co cię nie zabije, to cię wzmocni podobno Chyba nawet zaczęłam lubić to znienawidzone duty free. W końcu bierzemy dla siebie 10% prowizji, to zawsze dodatkowa kasa na waciki



06 lutego 2014

Moje Eldorado


Każdego miesiąca jednej z siedmiu grup, w które cała załoga jest tutaj podzielona, przysługuje pierwszeństwo w wyborze destynacji. Jest to tak zwany top bid. Ja zawsze bidduję (proszę o loty), nawet wtedy, kiedy moje szanse są bardzo małe. W styczniu poprosiłam o Sydney, Auckland, Seul i ostatecznie dostałam długi trip Dubaj – Sydney – Auckland – Sydney – Dubaj trzy razy, mimo iż nie byłam top bid! Jeden z nich udało mi się na szczęście zamienić na Tajwan. Małe urozmaicenie nie zaszkodzi

Zatem 2go lutego po wyjeździe moich londyńskich znajomych, wyruszyłam na sześciodniowy trip, gdzie pierwszym przystankiem było Sydney. Od momentu postawienia stopy na wschodnio-australijskim gruncie, obudziło się we mnie uczucie, którego zawsze się obawiałam. Przez lata świadomie nie uwzględniałam tej części świata w swoich podróżniczych planach, głównie z obawy przed tym, że mój bilet może się okazać tym w jedną stronę. Doświadczenia z Australijczykami dały mi do zrozumienia, że jest to miejsce, w którym zdecydowanie bym się odnalazła.

Nie myliłam się! Atmosfera Sydney powaliła mnie z nóg. Bliskie spotkanie z misiem koalą i kangurami, spacer ulicami najstarszej dzielnicy The Rocks, dotknięcie ścian opery, rejs po porcie, niesamowita panorama z wieży widokowej i podziwianie z brzegu słynnego mostu były tylko ekscytującym dodatkiem do ogólnej fascynacji tym miejscem. Nie myliłam się również w odczuciach co do moich australijskich pasażerów. Ludzie lokalni są bardzo życzliwi, pomocni i przyjaźni. Już dawno na żadnym wyjeździe nie miałam do czynienia z tyloma fascynującymi osobowościami. 


Słynna opera w Sydney


Sydney Harbour Bridge


Kiedy myślałam, że znalazłam swój kąt na świecie, a moje serce w pełni pokochało Sydney, kochana firma wysłała mnie na krótki lot do Auckland w Nowej Zelandii. BRAK SŁÓW. Na samą myśl o tym miejscu, wzruszam się. Już tęsknię. To chyba nie jest normalne, co nie? We wcześniejszej rozmowie uprzedziłam moją drugą połówkę, że kiedyś chciałabym tu zamieszkać. Sorry Rodzice, ale znacie mnie  

Auckland jest dużo spokojniejsze od turystycznego Sydney z niesamowitą mieszanką kulturową. Można zauważyć wpływ kultury brytyjskiej z racji byłej kolonii, ale dużo silniejszy jest ten azjatycki. Chińskie, koreańskie i japońskie restauracje przyciągają wzrok swoimi egzotycznymi neonami w każdym zakątku miasta, a angielski nie jest jedynym, którym ludzie się porozumiewają. Strome ulice sprawiają, że spacer po mieście jest dość wyczerpującym, ale też dającym dużo satysfakcji. Kolejna wieża z niesamowitym widokiem na miasto, port i okoliczne wyspy. Wybrałam się do miasta sama, zostawiając rozkoszujących się drinkami znajomych z lotu w hotelu. To nie mój sposób na relaks, zwłaszcza w miejscu, w którym nigdy wcześniej nie byłam. Zatem więc na wieży, podziwiając widok, postanowiłam uderzyć na jedną z pobliskich wysp. Rejs do Devonport trwał tylko dziesięć minut. Są to przedmieścia Auckland, znajdujące się na półwyspie po drugiej stronie portu. Szybka kanapka w porcie, bo od Sydney niczego nie miałam w ustach – na locie zasuwaliśmy od startu do samego lądowania. Kiedy prom zaczął odpływać, odkryłam, że zgubiłam telefon. Umarłam. Jeszcze nigdy w życiu mi się to nie przydarzyło! W torbie mam tylko portfel... Jak to?! Gdzie niby?! Ostatni raz robiłam nim zdjęcia z wieży. Musiałam go zostawić na górze. Ale lipa!!! Za wszystko obwiniam zmęczenie. Trudno, teraz płynę do Devonport, mam przynajmniej jeszcze aparat.

Okolica jest dość spokojna. Główna ulica, prowadzącą z portu do wzgórza Victorii, obfituje w liczne kafejki i restauracje, serwujące owoce morza. Dojście na szczyt mimo, że jest dość strome, zajmuje niecałe dziesięć minut. Widok natomiast zapiera dech w piersi! Skoro już tu dotarłam, postanowiłam poczekać do zachodu słońca, rozkoszując się ciszą i ciepłym wieczorem. Kolor nieba zaczął się stopniowo zmieniać. W pewnym momencie wyglądało, jakby Auckland stało w ogniu. Mogę przysiąc, że w życiu nie widziałam piękniejszego zachodu! Chciałam płakać ze szczęścia jak małe dziecko (a może z rozpaczy za telefonem, ha!). Znowu potwierdza się moja dewiza, że wszystko się dzieje z jakiejś przyczyny. Gdybym odkryła, że nie mam telefonu przed odpływem promu, chociażby w tej restauracji w porcie, gdzie się na chwilę zatrzymałam, nigdy bym nie dopłynęła do Devonport i nie zobaczyła tego niesamowitego zachodu. Następnego dnia odwiedziłam znowu wieżę, tak dla upewnienia się czy nie zostawiłam tam telefonu... Czekał na mnie nienaruszony na recepcji. Znowu chce mi się ryczeć!

Zachód słońca w Auckland




Kocham Auckland
Kocham Nowa Zelandię
Kocham tą część świata


Za parę godzin odlatujemy z Sydney do Dubaju, ale wracam tu znowu pod koniec miesiąca!  Już nie mogę się doczekać. Chcę się wspiąć na most w Sydney, pojechać na klify i jedną z najpiękniejszych plaż, a w Auckland może znowu skoczyć na bungee


Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...