Jak w telenoweli

lutego 14, 2014

Komentarz jednej z czytelniczek mojego bloga zainspirował mnie do napisania tej historii. Wspomniała ona bowiem, że podróżując często siedzi z nosem przyklejonym do szyby...

Chciałam odnaleźć tą kartę pokładową, którą trzymam razem z setką pozostałych 😉

Kilka lat temu (więcej niż pięć, a mniej niż dziesięć) postawiłam stopę na pokładzie samolotu, pozostawiając za sobą londyńskie życie, znajomych, burzliwy związek i pracę w Harrodsie. Wszystko po to, żeby spełnić swoje marzenie... to o lataniu. Kilka tygodni po rozmowie kwalifikacyjnej do jednej z europejskich, niskokosztowych linii przyszedł mail z gratulacjami i opcją wyboru bazy podczas szkolenia. Postawiłam na Włochy z racji, że kilka lat wcześniej uczyłam się języka, zatem będzie okazja odświeżyć pamięć, a poza tym Piza w maju wydawała mi się wtedy bardziej zachęcająca, niż Budapeszt. Miesiąc na włoskiej ziemi brzmiał atrakcyjnie i jednocześnie przerażająco. Zdecydowanie opuszczam swoją strefę komfortu. Nie jestem mentalnie i fizycznie przygotowana na te zmiany, ale to jest okazja, którą złapałam i nie wypuszczę za żadne skarby.

Przy wejściu na pokład chłopak z załogi, sprawdzając mój bilet, spojrzał na mnie, jakby we mnie kogoś rozpoznał. „Może gdzieś mają zaznaczone, że jestem jedną z osób, lecących na szkolenie?” pomyślałam wtedy. Pamiętam, że siedziałam w tylnej części kabiny, po prawej stronie, patrząc na kokpit. Za oknem oddalające się domy, warstwa chmur i nad nią to przepiękne, lazurowe niebo. Promienie słońca odbijające się od okna, ogrzewające tym samym moją twarz. Czuję się bosko. Odkładam stres na bok, po lądowaniu będzie, co ma być. Rozkoszuję się każdą minutą z nosem przylepionym do okna. W pewnej chwili ktoś mnie klepie po ramieniu, a kiedy się odwracam, na kolanach ląduje mi serwetka: „ Co taka piękna dziewczyna, jak TY, robi sama na pokładzie?”. Ale kiepski podryw! No ja cię kręcę! Serio?! „Ta dziewczyna będzie robić dokładnie to samo co TY”. Chwilę później już byłam pochłonięta rozmową z dokładnie tym samym chłopakiem, który sprawdzał wcześniej mój bilet. Po kilku tygodniach przyznał się, że to było natychmiastowe zauroczenie z jego strony. Przy wychodzeniu wcisnął mi do ręki kolejną serwetkę z numerem: „Jeśli kiedykolwiek będziesz czegoś potrzebować, dzwoń”. 

Tego dnia zaczęła się moja przygoda z lataniem


Na lotnisku czekał na nas menadżer bazy. Poza mną były jeszcze dwie inne dziewczyny, które również zaczynały szkolenie. Każda z nas została odwieziona w inne miejsce. Z tego, co pamiętam, mieliśmy wybrać sobie zakwaterowanie z listy, którą nam przesłano w powitalnym pakiecie. Po latach dzielenia pokoju starałam się o miejsce prywatne i tym samym trafiłam do trzypokojowego mieszkania z włoskimi studentkami. Kiedy zgodziłam się na warunki mieszkalne i wniosłam swoje bagaże, menadżer zażądał ode mnie pieniędzy za wynajem za cały pobyt – 400 euro. W portfelu miałam jedynie 405. Za tydzień miałam dostać ostatnią wypłatę z Harrodsa. Fabio nie zgodził się na raty, wspomniał o jakimś warunku, którego oczywiście nie doczytałam. Zostałam z 5 euro w kieszeni na cały tydzień. W tym momencie przepraszam rodzinę za alarm i postawienie wszystkich na nogi. Dziś bym się zaśmiała i zrobiła od razu debet na koncie. Wtedy zamarłam z przerażenia i zamiast myśleć racjonalnie, ze łzami w oczach wybiegłam na ulicę (nie zapisując nawet adresu! Kolejny zonk Aga!). Po godzinach błądzenia, użerania się z zaczepkami miejscowych Włochów i na głodzie, bo w niedzielę o tej porze już wszystko było pozamykane, znalazłam swój kąt. Nie mogłam zasnąć, bo następnego dnia zaczynała się moja przygoda z lataniem.

Później już wszystko było jak w bajce... ciekawe przedmioty na szkoleniu, wycieczki na lotnisko, odkrywanie samolotu od innej strony, zawieranie przyjaźni z moją grupą, szkolenie włoskiego dzięki moim współlokatorkom i ich znajomym, wspólne aperitivo, upalne dni na plaży, prezenty od mojego latającego Włocha, romantyczne kolacje, urodziny-niespodzianka w Paryżu.... aż wszystko się rozpadło cztery miesiące później, kiedy opuszczałam bazę w Irlandii i chciałam zamknąć ten etap życia na dobre. On dziś jest pilotem, kim ja zawsze chciałam być, a ja pracuję dla firmy, dla której on dałby się pociąć 😀

No i właśnie to wyszło z tego nosa przylepionego do szyby...


Happy Valentine's everyone  


Z ostatniej chwili... zostałam wezwana na Brisbane - Auckland !!! Wracam do Eldorado, idealny prezent na Walentynki! 😍😍😍😍😍

Przeczytaj również

2 komentarze

  1. A ja to czułam w "kościach",że gdzieś Cię wezwą,chociaż o Eldorado nie pomyślałam:)POWODZENIA:):):)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie mogło być lepiej, to zdecydowanie moje miejsce :D

      Usuń

Archiwum

Obserwuj bloga