06 lutego 2014

Moje Eldorado


Każdego miesiąca jednej z siedmiu grup, w które cała załoga jest tutaj podzielona, przysługuje pierwszeństwo w wyborze destynacji. Jest to tak zwany top bid. Ja zawsze bidduję (proszę o loty), nawet wtedy, kiedy moje szanse są bardzo małe. W styczniu poprosiłam o Sydney, Auckland, Seul i ostatecznie dostałam długi trip Dubaj – Sydney – Auckland – Sydney – Dubaj trzy razy, mimo iż nie byłam top bid! Jeden z nich udało mi się na szczęście zamienić na Tajwan. Małe urozmaicenie nie zaszkodzi

Zatem 2go lutego po wyjeździe moich londyńskich znajomych, wyruszyłam na sześciodniowy trip, gdzie pierwszym przystankiem było Sydney. Od momentu postawienia stopy na wschodnio-australijskim gruncie, obudziło się we mnie uczucie, którego zawsze się obawiałam. Przez lata świadomie nie uwzględniałam tej części świata w swoich podróżniczych planach, głównie z obawy przed tym, że mój bilet może się okazać tym w jedną stronę. Doświadczenia z Australijczykami dały mi do zrozumienia, że jest to miejsce, w którym zdecydowanie bym się odnalazła.

Nie myliłam się! Atmosfera Sydney powaliła mnie z nóg. Bliskie spotkanie z misiem koalą i kangurami, spacer ulicami najstarszej dzielnicy The Rocks, dotknięcie ścian opery, rejs po porcie, niesamowita panorama z wieży widokowej i podziwianie z brzegu słynnego mostu były tylko ekscytującym dodatkiem do ogólnej fascynacji tym miejscem. Nie myliłam się również w odczuciach co do moich australijskich pasażerów. Ludzie lokalni są bardzo życzliwi, pomocni i przyjaźni. Już dawno na żadnym wyjeździe nie miałam do czynienia z tyloma fascynującymi osobowościami. 


Słynna opera w Sydney


Sydney Harbour Bridge


Kiedy myślałam, że znalazłam swój kąt na świecie, a moje serce w pełni pokochało Sydney, kochana firma wysłała mnie na krótki lot do Auckland w Nowej Zelandii. BRAK SŁÓW. Na samą myśl o tym miejscu, wzruszam się. Już tęsknię. To chyba nie jest normalne, co nie? We wcześniejszej rozmowie uprzedziłam moją drugą połówkę, że kiedyś chciałabym tu zamieszkać. Sorry Rodzice, ale znacie mnie  

Auckland jest dużo spokojniejsze od turystycznego Sydney z niesamowitą mieszanką kulturową. Można zauważyć wpływ kultury brytyjskiej z racji byłej kolonii, ale dużo silniejszy jest ten azjatycki. Chińskie, koreańskie i japońskie restauracje przyciągają wzrok swoimi egzotycznymi neonami w każdym zakątku miasta, a angielski nie jest jedynym, którym ludzie się porozumiewają. Strome ulice sprawiają, że spacer po mieście jest dość wyczerpującym, ale też dającym dużo satysfakcji. Kolejna wieża z niesamowitym widokiem na miasto, port i okoliczne wyspy. Wybrałam się do miasta sama, zostawiając rozkoszujących się drinkami znajomych z lotu w hotelu. To nie mój sposób na relaks, zwłaszcza w miejscu, w którym nigdy wcześniej nie byłam. Zatem więc na wieży, podziwiając widok, postanowiłam uderzyć na jedną z pobliskich wysp. Rejs do Devonport trwał tylko dziesięć minut. Są to przedmieścia Auckland, znajdujące się na półwyspie po drugiej stronie portu. Szybka kanapka w porcie, bo od Sydney niczego nie miałam w ustach – na locie zasuwaliśmy od startu do samego lądowania. Kiedy prom zaczął odpływać, odkryłam, że zgubiłam telefon. Umarłam. Jeszcze nigdy w życiu mi się to nie przydarzyło! W torbie mam tylko portfel... Jak to?! Gdzie niby?! Ostatni raz robiłam nim zdjęcia z wieży. Musiałam go zostawić na górze. Ale lipa!!! Za wszystko obwiniam zmęczenie. Trudno, teraz płynę do Devonport, mam przynajmniej jeszcze aparat.

Okolica jest dość spokojna. Główna ulica, prowadzącą z portu do wzgórza Victorii, obfituje w liczne kafejki i restauracje, serwujące owoce morza. Dojście na szczyt mimo, że jest dość strome, zajmuje niecałe dziesięć minut. Widok natomiast zapiera dech w piersi! Skoro już tu dotarłam, postanowiłam poczekać do zachodu słońca, rozkoszując się ciszą i ciepłym wieczorem. Kolor nieba zaczął się stopniowo zmieniać. W pewnym momencie wyglądało, jakby Auckland stało w ogniu. Mogę przysiąc, że w życiu nie widziałam piękniejszego zachodu! Chciałam płakać ze szczęścia jak małe dziecko (a może z rozpaczy za telefonem, ha!). Znowu potwierdza się moja dewiza, że wszystko się dzieje z jakiejś przyczyny. Gdybym odkryła, że nie mam telefonu przed odpływem promu, chociażby w tej restauracji w porcie, gdzie się na chwilę zatrzymałam, nigdy bym nie dopłynęła do Devonport i nie zobaczyła tego niesamowitego zachodu. Następnego dnia odwiedziłam znowu wieżę, tak dla upewnienia się czy nie zostawiłam tam telefonu... Czekał na mnie nienaruszony na recepcji. Znowu chce mi się ryczeć!

Zachód słońca w Auckland




Kocham Auckland
Kocham Nowa Zelandię
Kocham tą część świata


Za parę godzin odlatujemy z Sydney do Dubaju, ale wracam tu znowu pod koniec miesiąca!  Już nie mogę się doczekać. Chcę się wspiąć na most w Sydney, pojechać na klify i jedną z najpiękniejszych plaż, a w Auckland może znowu skoczyć na bungee


2 komentarze:

  1. Skarbie dzięki za te piękne zdjęcia.Jeśli chodzi o rodziców to się nie martw.Mądry rodzic wie,że nie ma dzieci na własność.Wychowuje ich tylko do pewnego momentu aż nauczą się "latać"ha ha. Pamiętaj Twoje szczęście jest szczęściem i radością Twoich rodziców.Gratulujemy sukcesów

    OdpowiedzUsuń
  2. Właściwe dla nas już chyba nie ma żadnych granic, więc gdziekolwiek by mnie nie wywiało, rodzice zawsze trafią pod mój dach :)

    OdpowiedzUsuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...