21 marca 2014

Made in China

Mój ostatni plan – prosić o loty do miejsc, w których jeszcze nie byłam. Tym samym marzec mija pod znakiem Azji. Poza standardowymi turnaroundami do Indii, kilka lotów do Korei i jeden z najdłuższych layoverow, bo aż trzy dni w Szanghaju...

I oto jestem. Zaplute ulice, poziom smogu tak wysoki, że nie widać puszczanych latawców w parku, chamstwo i przepychanki w kolejkach do metra, kasy czy bankomatu, a z drugiej strony klasa i kultura pięciogwiazdkowych hoteli, stylowych restauracji, główne bazy największych firm świata. Szanghaj to połączenie historii kolonialnej (Puxi) ze współczesnym rozwojem wysokich technologii (Pudong). Prawdziwy raj dla maniaków zakupów – słynne podziemne markety aż pękają w szwach od licznych podróbek i atrakcyjnie tanich produktów. Mieszkańcy władają mniej niż podstawowym angielskim, ale zawsze wiedzą jak poprosić turystę o wspólne zdjęcie, zwłaszcza tego pochodzenia

Zakupy na ulicy Nanjing

afrykańskiego, albo blond (grrrrrrr)

Mimo, iż miasto tętni życiem, a ludzie wyglądają na zadowolonych z własnego bytu, z trudem przeżyłam te wybłagane trzy dni. Kiedy znajomi dowiedzieli się, że jestem na „długim Szanghaju”, patrzyli na mnie z politowaniem. Jedna dziewczyna stwierdziła nawet, że zrobiła tego tripa raz i nigdy więcej, była zdesperowana, żeby wrócić do Dubaju, co brzmi jak absurd w naszym świecie. Byłam, zwiedziłam, przeżyłam. I już tego nie powtórzę. Chiny to zdecydowanie nie moja rzecz. Męczyli mnie ludzie wiecznie proszący o wspólne zdjęcie, albo ci gapiący się prosto w moją twarz przez całą podroż pociągiem, skanowanie toreb za każdym wejściem do stacji metra, brak kontaktu ze światem – Facebook, wiele stron internetowych i blogów jest zablokowanych. Z jednej strony fascynacja nowym miejscem, architekturą, historią, niezwykłymi budowlami, a z drugiej natomiast rozczarowanie mentalnością, sposobem bycia i brakiem kultury osobistej.

Były to dla mnie trzy dni intensywnego zwiedzania, przechodzone dziesiątki kilometrów, prawie 1000 zdjęć: stare miasto, Szanghaj nocą i w ciągu dnia z najwyższych budynków, świątynie buddyjskie, konfucjańskie i taoistyczne, chińskie ogrody i lokalni, praktykujący tai chi o wschodzie słońca, słynny pokaz akrobacki w miejskim cyrku, kulturowe chwile w miejskim muzeum, francuska dzielnica postkolonialna, tradycyjna chińska kuchnia i niekończąca się potrzeba wydawania juanów na najsłynniejszych zakupowych ulicach. Z całą pewnością nie zapomnę mojej przygody z ceremonią parzenia herbaty. Byłam w drodze do jednego z piękniejszych i znanych parków. Para Chińczyków poprosiła mnie o zrobienie im zdjęcia. Od zdjęcia, poprzez świetną rozmowę (po dwóch dniach milczenia w końcu mogłam z kimś porozmawiać, a ich angielski był idealny!), wylądowałam z nimi na tak zwanym tea ceremony. Peter i Xenia byli studentami anglistyki, odwiedzającymi znajomego w Szanghaju. Tak świetnie nam się rozmawiało, że byłam w stanie przesunąć wizytę w parku o kilka godzin, tylko po to, żeby dowiedzieć się czegoś więcej o Chinach, herbacie i tej miłej parze. Wprosiłam się. Przyznam, że ten niby pokaz, czy jakkolwiek to nazwać, był dość ciekawy. Prowadząca mówiła tylko po mandaryńsku, a Xenia, dobra dusza, wszystko tłumaczyła. W cenie pokazu było testowanie sześciu rodzajów herbaty, oprawione barwną powieścią jej pochodzenia i historii Chin. Mieliśmy prawdziwy ubaw. Niesamowite połączenie tradycyjnego chińskiego myślenia ze współczesnym poczuciem humoru. Uczyliśmy się wzajemnie słówek polskich i mandaryńskich. Oni do mnie Nichao (cześć, dzień dobry), a ja do nich, że Michał to imię mojego brata, haha! Pod koniec pokazu zdecydowałam się na kupienie jednej przepysznej herbaty. Zrobimy sobie ceremonię w domu Gospodyni wróciła z naszymi paczuszkami. Peter: „ Powąchaj, czy pachnie tak samo, bo czasem w tym kraju wciskają ci kit”. Gospodyni wyszła po rachunek. W pewnym momencie zaczęło mi się kręcić w głowie i czułam mrowienie w nogach. Kurza stopa!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!! To są ci kanciarze o których czytałam!! Noż do diaska zielonego! Czy ja zawsze muszę się we wszystko cisnąć?? Kiedy czytałam o Szanghaju, mignęła mi przed oczami wzmianka o słynnych „herbacianych przekrętach”. Kanciarze z dobrym angielskim zatrzymują turystów, wymyślają niestworzone historyjki na swój temat, a potem ich zaciągają na pokaz, gdzie na koniec przychodzi mega rachunek do zapłacenia i wszystko pokrywa turysta. Oni oczywiście znają to miejsce i właściciel oddaje im później pieniądze. Dobra Aga, trzymaj się, żarówka się zapaliła, trybiki w twojej głowie zaskoczyły, masz czas się z tego wykręcić, zanim coś gorszego się stanie, a oni nic nie podejrzewają, więc teraz TY z nimi zagraj. Wstałam pod pretekstem wyjścia do toalety, a tak naprawdę, żeby wydostać się zza stołu i otworzyć przynajmniej drzwi tego ciasnego pomieszczenia. Wcześniej posadzili mnie pomiędzy sobą, twierdząc, że to zwyczaj chiński, okazujący szacunek dla gościa.

Peter: „Co się dzieje? Gdzie idziesz?”
Ja: „Idę do toalety” (której nie mieli)
Peter do mnie, już na zewnątrz przy gospodyni, która o dziwo długo nie wracała, pewnie czekała, aż narkotyk zacznie konkretnie działać: „Wszystko ok? Co się dzieje? Gdzie się spieszysz?”
Ja, wymuszając najszczerszy, stewardessowy uśmiech i panując nad tonem głosu: „Pani serwuje tu tyle herbaty i nawet toalety nie ma? Ok, płacimy i wychodzimy. Poza tym Peter, wiesz dobrze, że miałam inne plany i czas najwyższy, żebym wróciła”.



Rachunek do zapłacenia nie był jakiś mega duży, choć wkurzał mnie fakt płacenia za coś, za co nie powinnam! Z resztą nie wiem ile czasu mi zostało, co mi dodali i jakie będą efekty, więc najlepiej zapłacić i wyjść. Po przeliczeniu wyszło po jakieś 50 funtów na osobę. Dobrze, że miałam gotówkę... Na odchodne jeszcze żartowaliśmy. Gospodyni dała nam prezent. Idiotyczny, tandetny, chiński breloczek, który Peter zasugerował, żebym przyczepiła sobie do torby. Ta, kurde, może mi dodaliście czegoś, ale rozumu mi to jeszcze nie zżarło! To pewnie ma być znak dla innych kanciarzy, że jestem „zaliczona”. Schowałam wszystko do torby, śmiejąc się i żartując, że takie badziewia mnie nie bawią i dam to siostrze (która istnieje tak samo jak ich uczciwe intencje). Przy wyjściu zrobiliśmy sobie wspólne zdjęcie, o którym od samego początku myślałam.

Ja: „Super, teraz będę mogła Was pokazać wszystkim”
Peter i Xenia ze zdezorientowanymi minami: „To znaczy?”
Ja: „No, po prostu, podzielę się tym zdjęciem ze wszystkimi znajomymi, rodziną i cały świat Was pewnie zobaczy” zakończyłam szyderczym uśmiechem.

Straciłam całkowicie wiarę w tych ludzi. Chciałam ich zbluzgać, a jednocześnie wymyśleć jakąś konkretną zemstę. Przeszli jeszcze trochę ze mną w kierunku ogrodu. Czułam, że się nie odczepią, może przekręt się jeszcze nie skończył?? Mijaliśmy McDonalds. „Ok, ja śmigam do toalety, bo już serio nie mogę dłużej. Mam tylko jedno pytanie. Czemu to robicie?”. Walnęli miny, udając że nie wiedzą o co mi chodzi. Ups, chyba źle trafiłam. Może oni faktycznie są po tej dobrej stronie? Nie! Aga, hello! Jesteś naćpana! Uczciwy człowiek by ci to zrobił??!! „No wiecie, te Wasze herbaciane pokazy są dość znane w Europie. Więc zastanawiam się, czemu to robicie. Jesteście tacy zabawni. Naprawdę spędziłam z Wami super czas”. Xenia od momentu mojego komentarza do zdjęcia ucichła kompletnie. Spojrzeli na mnie z poczuciem wielkiej winy. „My też cię polubiliśmy. Możesz iść oddać tą herbatę” Peter próbował naprawić sytuację. „Nie, zatrzymam ją. Dzięki za całe to info o Chinach i w ogóle kupę śmiechu”. Uścisnęłam ich na pożegnanie i śmignęłam do toalety. Teraz to dopiero się zaczęło! Źrenice całe czarne, serce mi zaraz wyskoczy, tak szaleje. Chyba do tego wszystkiego doszła adrenalina, świadomość bagna, w którym utknęłam i próba zachowania twarzy. Kupiłam frytki, żeby coś wrzucić na żołądek, może tłuszcz jakoś wchłonie to świństwo, które właśnie trawię? Monety wypadły mi z rąk, jak płaciłam. Drgawki. Kurcze, Aga, opanuj to i zachowuj się. Pewnie cię jeszcze ktoś obserwuje. Kolejna żarówka się zapaliła nad głowa (nie!!!! to znak, że rozum podpowiada coś dobrego, ale będzie pewnie jakaś akcja). W tej herbacie może być narkotyk! Zwolnią mnie, wsadzą do dubajskiego więzienia, a może nawet coś odetną na pamiątkę przemycania narkotyków. Pal licho z Dubajem! Co jeśli jeszcze tutaj, w metrze zeskanują mi torbę?!! Jak się tego pozbyć? Tu w McDoanlds? Nie, jakieś dzieciaki to dorwą, poza tym zostawię odciski palców (serio Aga? Za dużo filmów sensacyjnych). Nie wyrzucę tego, przecież właśnie zapłaciłam za to 50 funtów!!! Peter powiedział, że mogę oddać...

Na zewnątrz kolejna dziewczyna podeszła z aparatem. Udało mi się tylko pokiwać przecząco głową i zabić ją wzrokiem. Spojrzała od razu na moją torbę, czy mam doczepiony kiczowaty breloczek. Tych ludzi jest tu cała masa! Trafiłam na adres bez problemu. Spokojna, boczna uliczka, oddalona nieco od ruchliwego, pełnego turystów skweru. Dalej się trzęsłam, miałam sucho w ustach i ogólnie lipne samopoczucie, ale zdesperowana, żeby zakończyć ten syf. Policji nie będę w to mieszać. Mogą być skorumpowani, albo co gorsza wmieszają w to moją firmę. Przez szklane drzwi zobaczyłam tą dziewczynę, co prowadziła pokaz. Zdębiała, jak mnie zobaczyła, ale otworzyła drzwi. „Chcę oddać herbatę”. Kazała mi poczekać na szefa. Kątem oka obczaiłam sytuację na ulicy. Ludzie przechodzący, jakby nigdy nic. Ciekawe, czy ktokolwiek wie, co tu się dzieje. Kicham na płacenie 50 funtów za 6 małych kubków herbaty i pamiątkę, ale żeby narkotyzować klientów???!!! O tym nikt w Internecie nie wspominał. Może wzięli się za taką taktykę, bo ludzie stawiali opór, kiedy przychodziło do płacenia rachunku?? Wyszedł szef. Zdębiałam. W tym momencie dałam radę wydukać tylko „Słuchaj, bierz co chcesz za tą całą ceremonię, ale herbatę oddaję i chcę moje pieniądze”. Próbował negocjować, powiedziałam, że znalazłam gdzieś taniej. Ten zaczął coś o jakości herbaty w innych miejscach. Ja, że chcę pieniądze i koniec. Kazał mi napisać na kartce oświadczenie, że zwróciłam zakup i dostałam, co chciałam. Zmieniłam charakter pisma, wymyśliłam jakieś niemieckie imię. Opuściłam budynek, szłam przyspieszonym krokiem, aż znalazłam się wśród ludzi. Wszyscy się gapili. Jasne, gapią się odkąd postawiłam stopę na chińskiej ziemi. Patyk im w ucho. Od tego momentu zaczęłam każdej napotkanej osobie mówić coś innego: Jestem Alex. Jestem z Węgier. Jestem z Ameryki. Jestem dziennikarką. Jestem rozczarowaną i mega wkurzoną Polką, która jednocześnie się cieszy, że wszystko skończyło się tak, a nie inaczej. Bo chyba nie sztuką jest unikanie problemów, a radzenie sobie z ich rozwiązaniem. Poza tym, nie będę jedną z tych osób „Unikajcie ściem z herbatą w Chinach, bo podobno...”, ja będę pisać „Udawajcie, że nie wiecie o ściemach z herbatą w Chinach, bawcie się nimi i wycofajcie się w odpowiednim dla Was momencie, bo moja historia...”



Ogród Yu


Widok na Pudong


Wierni w świątyni Boga Miasta


4 komentarze:

  1. Skarbie to że się tak dobrze skończyło zawdzięczasz na pewno swojej inteligencji ale również a może szczególnie patronowi naszych podróży.W ostatnich dniach będąc w bazylice powierzyłam Cię jemu.Coś mi serce podpowiadało.
    Kocham Cię :) I cieszę się,że wszystko zakończyło się pomyślnie.Bosko było usłyszeć Twój głos w słuchawce :D

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. cholerne kitajce!! kij im w ucho, oko i gdzie sie da! bystrość Cię ocaliła przed mega kupą.

      Usuń
    2. buahaha.... zadarli z Polką :P tej skruchy na ich twarzach nigdy nie zapomnę ;)

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...