Kolejne Interview

czerwca 11, 2014

Oto jestem po udanych wakacjach na Lazurowym Wybrzeżu, gdzie nabrałam energii by stawić czoła przeszkodom życia na pustyni, po fantastycznym tripie do Australii i Nowej Zelandii, gdzie po raz kolejny skoczyłam na gumie (tym razem z mostu) i po kolejnym Skype interview, które było na tyle udane, że zostałam zaproszona na ostatni etap twarzą w twarz, tutaj w Dubaju. Żeby było zabawniej, tego samego dnia wcześniejsza firma – Szejk1 (niech to będzie umowna nazwa dla wszystkich prywatnych linii 😜) wysłała dokumenty niezbędne do uzyskania saudyjskiej wizy. Tradycyjnie, jak się zaczyna coś dziać, to wszystko naraz.

Szejk2 też sobie zażyczył pierwszą rozmowę przez Skype. Przeprowadzała ją młoda kobieta z Europy Wschodniej. Nazwisko nawet wskazywało na polskie pochodzenie, ale rodaczką pani jednak nie była. Luźna rozmowa na temat latania, życia na Bliskim Wschodzie i planów na przyszłość. Poinformowała mnie, że jak się zdecydują na mój profil, to w przeciągu kilku dni, wyślą zaproszenie na ostatni etap rekrutacji. Chyba muszę zacząć ćwiczyć cierpliwość. Po tygodniu, kiedy zaczęłam już tracić nadzieję, przyszedł mail.


Rekrutacja

Marriott w centrum Dubaju, godzina 11 rano. Jestem tylko ja i cztery inne dziewczyny (Włochy, Słowacja, Czechy i Argentyna). Podobno potrzebują tylko kilka osób do swojego zespołu, a jutro pewnie kolejne tyle przyjmą. Ta kameralna atmosfera ma w sobie urok. Dziewczyny są bardzo sympatyczne, wszystkie szybko nawiązujemy kontakt. W końcu latanie to nasza pasja, więc jest o czym rozmawiać. Każda z nas ma już konkretne doświadczenie i w trakcie przerw wymieniamy się kontaktami, uwagami odnośnie innych linii prywatnych. Cały dzień prowadziła nasza znajoma ze Skype, odpowiedzialna za dział cabin crew i menadżer do spraw rekrutacji. Zaczęłyśmy od testu psychometrycznego, na którego widok oczy wyszły mi z orbit. 400 pytań w godzinę. Byłam chyba na 83 jak powiadomili nas, że zostało pół godziny. Serio?! Fakt, że większość z nich dotyczyła naszej osobowości i zainteresowań, ale były też te sprawdzające logiczne myślenie, które mi totalnie siadło pod wpływem presji. Ha! A najgorsze dopiero przede mną 😉

Po morderczym teście, odbyła się godzinna prezentacja firmy. Przyznam, że warunki mi całkowicie odpowiadają, a zwłaszcza system pracy, który proponują – dwa miesiące w bazie, miesiąc wolnego w domu (ta!!! u mnie to by było imprezowe kilka dni w Londynie, ukochane Durham, kilka dni w Polsce z rodziną i znajomymi, pewnie jakiś miesięczny trekking w Nepalu, albo włóczęga po australijskich stepach... ehhhh, schodzę na ziemię). Zakwaterowanie i transport zapewnione standardowo. Po prezentacji byłyśmy zapraszane pojedynczo na rozmowę. Tu dałam sobie siana.

  • „ Jak się serwuje arabską kawę?”
  • „ Jak zaprosisz szejka do obiadu?”
  • „ Co zaserwujesz trzydziestu ludziom na godzinnym locie?”
  • „ Z jakim tytułem zwrócisz się do członka rządu?”

Eeeeeeee....może chyba sobie odpuszczę jednak jeszcze na kilka lat? A może przekona ich fakt, że do japońskich linii też poszłam bez wiedzy specyficznej dla tej kultury i dzięki ciężkiej pracy osiągnęłam, to co chciałam? Miły pan menadżer stwierdził, że mam dużo zadania domowego do odrobienia. Jasne, siadam do biurka zaraz po powrocie ze szkoły. Dajcie mi tylko szansę pójść na te lekcje 😂

Jeśli do kilku dni mail nie przyjdzie, a nie sądzę, żeby wysłali go do kogoś, kto wie tylko jak podać kawę po japońsku, a nie arabsku, to będzie gitara, bo i tak wysyłam papiery po saudyjską wizę 😉 Już dawno nie byłam w takiej sytuacji, gdzie nie wiedziałam na czym stoję, a już nie wspomnę o kierunku drogi, który wybrać. Chyba po prostu siądę i zacznę ćwiczyć moją cierpliwość.


Tymczasem wspomnienia z Auckland... 😍



Przeczytaj również

0 komentarze

Archiwum

Obserwuj bloga