20 lipca 2014

Ostatni trip

Każdego miesiąca starałam się zamieniać kilka krótkich lotów na dłuższą Australię – więcej godzin, wspaniałe miejsce, produkty, które tylko tam można kupić, przystojna miejscowa ludność. Czego więcej chcieć?

Tym razem lipa. Dni poszukiwań i błagania wirtualnie na kolanach nie przyniosły żadnych rezultatów. W końcu mam do zamiany Indie i Chiny, kto się chce tym babrać? Dwa dni przed grafikowym lotem do Bombaju znalazłam na portalu ofertę: „Melbourne – Auckland, za cokolwiek, proszę!!!!!!”. Wysyłam, choć pewnie zniechęci ją hinduski ekspres, albo zamiana będzie nielegalna według systemu...


„ Zaakceptowałam Twoją zamianę. Dzięki stokrotne!!!” Otrzymałam SMSa kilka godzin później.
                          ???!!!!!!!!!!!!!!!!!!!????!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!????!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!!
„ Nie, to Tobie stokrotne dzięki!!!!!!”
„ Nie, Tobie! Nie lubię długich lotów, bo mam syna w domu i nie chcę go zostawiać samego”
„ O rany, nawet nie wiesz, jak się cieszę, że obie z tej zamiany skorzystamy! Uwielbiam Australię i nie byłam jeszcze w Melbourne. Dzięki i wszystkiego dobrego!”

Tym oto sposobem, moim ostatnim tripem okazała się być Australia i Nowa Zelandia Dubaj – Melbourne – Auckland – Melbourne – Dubaj. Przeznaczenie jak nic!

Co prawda lot jest długi i męczący. Przez trzynaście godzin robimy trzy serwisy (obiad, drobna przekąska i śniadanie), które wyciskają z nas wszystkich siódme poty. Choć przyznam, że chyba jednak najbardziej męcząca jest ta nuda pomiędzy nimi. Pierwsza ekipa idzie spać, druga czuwa – milion kaw zaniesionych do kokpitu, toalety wysprzątane na błysk, pozbierane śmieci w całej kabinie, tułanie się po pokładzie między klasami, pochłonięte tuziny czekoladek, batonów i tego wszystkiego niezdrowego, co oferuje nam catering. Masakra. Wszystko po to, żeby zabić czas! Później po lądowaniu dylemat – łóżko czy zwiedzanie? Pierwszy raz odkąd zaczęłam odwiedzać Australię, postanowiłam zaraz po locie zregenerować siły. Moc materaca działała do tego stopnia, że pięć godzin później nadal ciężko było mi się podnieść z łóżka. Czasem mam taką potrzebę spania całą dobę. To jest niesamowite jak latanie i zmiana czasu wpływa na organizm!

Melbourne ostatecznie zaliczone...


W Nowej Zelandii... spałam. Po powrocie do Melbourne zmusiłam się do pożegnalnego drina z moją fantastyczną załogą i... znowu spałam. Czy było mi żal?? To w końcu ostatni trip z tą firmą. Na usprawiedliwienie mam jetlag i zimę w Australii. Nie, nie było mi żal. Jeszcze tutaj wrócę!


Prezent pożegnalny od ekipy MEL - AKL



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...