Powtórka z bezpieczeństwa

lipca 04, 2014

No i mam licencję na latanie na cały kolejny rok 😁

Odkąd widziałam dwa dni SEP na moim grafiku, trzęsłam portkami. Nie mam za dobrych wspomnień z japońskich linii, jeśli chodzi o coroczny egzamin z bezpieczeństwa. Dodatkowo poleciałam do Polski na kilka dni, gdzie warunków do nauki praktycznie w ogóle nie miałam 😉

Po powrocie, dzień przed egzaminem, przypomniałam sobie jedynie lokalizację sprzętu ratunkowego, kilka objawów stanów medycznych, sposób przeprowadzania reanimacji i proces ewakuacyjny. Jednym słowem rzeczy, których na co dzień nie robię, a wiedza na ten temat z czasem blednie.


Egzaminy


Dwa dni męczarni od 7:00 do 18:00, w tym samym centrum szkoleniowym, gdzie ostatnim razem odbywałam początkowy trening – niezbyt miłe wspomnienia. Codziennie do SEP podchodzi kilka osób. Każdy z nas ma inny termin ważności licencji, więc w grupie jesteśmy wymieszani od purserów i seniorów, przez klasę pierwszą i biznes do ekonomicznej. Miałam spędzić te dwa dni między innymi z Caroliną i Catariną, które zaczynały pracę ze mną. Obydwie niebawem odchodzą, zatem nie musiały przechodzić egzaminów. Buuuuuuu! Nasza grupa liczyła szesnaście osób. Niektórych kojarzyłam z widzenia, z innymi miałam jakieś loty. Dużym plusem było to, że wszyscy z nas już co najmniej rok latają, więc cokolwiek by się nie działo na zajęciach, wszyscy wiedzieli o co chodzi i jak reagować. Cieszył mnie niezmiernie fakt, że mam wokół siebie ludzi doświadczonych 😊 Żadnych durnych pytań, zaskoczonych min, rywalizacji i na siłę udowadniania, że jest się najlepszym – jak to było rok temu podczas początkowego szkolenia.

Pierwszy dzień rozpoczął się egzaminami z pierwszej pomocy, Boeinga 777, Airbusa A380, bezpieczeństwa i lokalizacji sprzętu. Zdane😎 Kto oblał miał szansę poprawki dnia kolejnego. Jak znowu zawali, to wraca na szkolenie z nowicjuszami (ałłłłłłł). Po egzaminach część praktyczna w symulatorze, tak całkiem na luzie, bez oceniania. Głównie po to, żeby odświeżyć pamięć, bo w końcu nie na co dzień robimy ewakuację na lądzie czy wodzie 😉 Później w klasie już tylko dyskusja na temat naszych błędów, odczuć i przemyśleń, zaistniałych podczas scenariuszy w symulatorze, kilka statystyk dotyczących katastrof lotniczych w minionych latach, odświeżenie procedur bezpieczeństwa w sytuacji terrorystycznej czy bomby na pokładzie i zajęcia z samoobrony.

Drugi i zarazem ostatni dzień poświęcony był przede wszystkim pierwszej pomocy, ale zanim rozpoczęliśmy zaliczenia z reanimacji, użycia epipenu i dyskutowania o symptomach zakaźnych chorób na świecie, musieliśmy wrócić na chwilę do symulatora na kolejny test (obowiązkowe 100%, żeby zdać!). Ta część jakoś zawsze przyprawia mnie o gęsią skórkę i przyspieszone bicie serca. Nie dość, że nie wiem, jaki scenariusz mnie czeka, to do tego jeszcze wszystko bardzo realnie przeżywam. Pięć sytuacji na pokładzie, do których kilku z nas zostaje wezwanych, cała reszta przyjmuje rolę pasażerów. Z czym mamy do czynienia w danym scenariuszu wychodzi dopiero podczas symulowanego lotu. Pierwsza grupa miała za zadanie wykonać manualnie demonstrację bezpieczeństwa (tak, ta z maską tlenową i kamizelką). Z racji, że tego nigdy nie robimy, zadanie dla nich było dużym wezwaniem. Choć to w zasadzie kwestia użycia logicznego myślenia, prezencji i resztek wiedzy z zeszłorocznego szkolenia. Kolejna grupa zwalczała pożar piekarnika, tutaj oceniana była nie tylko osoba gasząca ogień i jej pomocnik, ale też komunikator, przekazujący informacje kokpitowi. Następne cztery osoby musiały się uporać z defektywnym laptopem. Akumulator jonowo-litowy wykorzystywany w laptopach, telefonach komórkowych i innych urządzeniach przenośnych jest dużym zagrożeniem na pokładzie, jeśli zostanie nagrzany do wysokiej temperatury. Może wówczas zapalić się, albo spowodować eksplozję. Takie urządzenie należy wówczas potraktować gaśnicą w celu schłodzenia, a następnie umieścić je w specjalnej torbie, która zapobiega ponownemu zapłonowi i osłabieniu wybuchu baterii.

Moja kolej... udajemy, że serwujemy obiad naszym wspaniałym kolegom i koleżankom. Symbol zapiać pasy został włączony. Lekkie turbulencje...Ah, łatwizna, zabezpieczamy kabinę i kontynuujemy serwis. Po chwili „Cabin crew, take your seat” rozlega się w kabinie. Symulatorem trzęsie bardziej niż normalnie. Siadamy i czekamy, aż minie. Ciągle łatwizna. Turbulencje to coś, z czym spotykamy się na co dzień w naszej pracy. Protokół postępowania w tym przypadku jest nam doskonale znany. No cóż, udało mi się zaliczyć bez większych nerwów 😉 Ostatnia grupa miała ewakuację na lądzie.

Byłam bardzo negatywnie nastawiona do tego SEP, zwłaszcza po tym, jak dziewczyny mi oznajmiły, że do egzaminów nie podchodzą. Poza tym, to wszystko, co robiliśmy przez te dwa dni, można by zmieścić w kilka godzin, bez bzdurnego wałkowania tych samych informacji. Z drugiej jednak strony muszę przyznać, że nasza grupa była świetna. Po dwóch dniach spędzonych w klasie i symulatorze, czułam się jak po bardzo udanym tripie z nimi. Poza tym scenariusze, w których braliśmy udział, statystyki śmigające przed naszymi oczami i zdjęcia z katastrof lotniczych, dały mi ostro do zrozumienia, co ja tak naprawdę robię w tym zawodzie (nie żebym nigdy sobie z tego wcześniej sprawy nie zdawała! 😂).

Poruszyła mnie bohaterska postawa koleżanek z Asiana Airlines, lot 214, który rozbił się podczas lądowania w San Francisco, 6 lipca 2013...




Przeczytaj również

0 komentarze

Archiwum

Obserwuj bloga