23 lipca 2014

Pożegnania

Mimo tego, że miałam cały tydzień na zorganizowanie mojego powrotu do Anglii, większość czasu spędzałam przy basenie, czy opróżniając barek ze znajomymi. Tym samym przegapiłam szansę wcześniejszego o dzień wylotu. Grrrr

Cały proces odchodzenia z firmy niby jest dobrze zorganizowany, a jednak kiedy stanie się coś nieprzewidywanego, firma nie jest w stanie zboczyć ze ścieżki, żeby pomóc. W zeszłym roku, podczas tygodnia organizacyjnego, musieliśmy wyznaczyć nasze miejsce docelowe na wakacje, z racji, że należał nam się roczny bilet darmowy. Wybrałam Warszawę. Do Newcastle latamy codziennie na typie samolotu, który moja licencja obejmuje, natomiast stolica polska obsługiwana jest przez małego Airbusa. Stąd też pomysł, żeby ją wybrać. Gwarantuje mi to przynajmniej wizytę w Polsce. Może to demencja starcza z mojej strony, albo firma zapomniała nas poinformować o tym, że jakiekolwiek miasto wybierzemy, z nim będzie się wszystko wiązać. Bilet repatriacyjny, który mi się należy po roku pracy, właśnie przypisany jest na Warszawę.

No to kombinowanie! Wysyłam całe moje cargo do Newcastle, a sama dolecę do domu przez Warszawę... Ma to sens? Tym sposobem skracam czas pobytu w domu z moją drugą połową. On wylatuje do Japonii cztery dni po moim przyjeździe z Dubaju i wraca po moim wylocie do Arabii Saudyjskiej (tak, ten związek wciąż jakoś funkcjonuje ). Załatwiam więc sobie własny bilet prosto do NCL, a tobie Firmo serdeczne dzięki za hojność, ale tym razem nie skorzystam!

Wczoraj 95kg cargo poszło w kierunku Anglii... HA! Po powrocie do domu zawartość barku okazała się niewystarczająca! Kolejna masa problemów od zapakowania paczek, przez brakujące dokumenty i korki w mieście do....
      - „ Więc cargo wysyłasz do Warszawy?”
      - „ Do War-sza-wy?”
      - „ No tak. Twoje miasto, które widnieje u nas w systemie...”
                    
            Kurze stopy wszystkich kurczaków świata!!! P O W A G A ??!!

      - „ OK. Niech pan nic nie załatwia, chyba muszę się przejechać do centrali i wyjaśnić
      pewne sprawy...”

Bo przez cały zeszły rok byłam na każdym locie czy zmęczona od hałasów sąsiadów, czy chora od klimatyzacji, odwalałam rzeczy, których robić nie musiałam, każdy mógł na mnie polegać, śmigałam z duty free, bo ludzie się tego bali, a teraz chcę tylko wrócić do domu. Już olewam fakt, że bilet sobie sama kupiłam, ale cargo do diaska?! 95kg?! Przecież ze sobą tego nie wezmę!

      - „ Cargo do Newcastle jest 100 dirhamów droższe (ok. 100zl), hmmm... firma  
          tego nie zaakceptuje” dowiedziałam się w centrali

Wróciłam do budynku cargo...
Mam teraz do napisania mega pozytywny komentarz, bo człowiek, z którym tam rozmawiałam, nie tylko był przyjazny i ekstremalnie miły, ale pokazał mi myki w systemie i załatwił zniżkę pracowniczą na wysłanie cargo prosto do Newcastle. Powinnam w ogóle zacząć tego posta od wspomnienia mojego znajomego, który mimo, że musiał iść do pracy na późną zmianę, woził mnie jak wariat z miejsca na miejsce i uśmiechem rozładowywał napięcie za każdym razem, jak wychodziłam z jakiegoś budynku. Hahahah!!! Boże, dzięki za postawienie na mojej drodze tak niesamowitych ludzi. Ludzi, na których można liczyć i którzy podchodzą do spraw po ludzku, a nie mechanicznie z jakimś interesem.

Odejście stąd jest niestety trudne nie tylko z powodu niekończących się formalności, ale także pod względem emocjonalnym. Te ostatnie dni dały mi do zrozumienia, że wyznacznikiem jak bardzo ktoś Cię szanuje, jest jego reakcja na Twoje odejście. Nie chodzi mi tutaj o słowa, ale wyraz twarzy, zachowanie, inne spojrzenie. Wchodzę do sklepu, Melbie (asystentka z Filipin) szklą się oczy, mijam Alvina (nasza złota rączka z Indii) milczy i kiwa znacząco głową. Wchodzę z kolei do budynku, ochrona uśmiecha się bardziej niż zwykle – w końcu odchodzę i będą mieć spokój, już nikt nie będzie narzekać na hałasy z restauracji, głośną muzykę od sąsiadów. Ahhh, co oni ze mną mieli... zdecydowanie więcej pracy Najciężej mi było, kiedy poszłam po raz ostatni zrobić paznokcie do moich Wietnamek. Tina na wiadomość, że już nie wrócę popłakała się, a potem pobiegła do sklepu i przyniosła mi prezent – truskawkowy żel pod prysznic Małe gesty, a ściskają mi serce niewiarygodnie!!!

Trzymajcie się wszyscy mocno!!!
 

Tym razem pakowałam walizkę z radością! - Oddanie uniformu




Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...