24 sierpnia 2014

Lot Ferry

W pewnych okolicznościach samolot musi zostać przeniesiony z jednego lotniska na drugie, aby sprostać wymaganiom operacyjnym. Ujmując prościej, jest to przebazowanie maszyny lub/i załogi, w celu wykonania lotu z nowego miejsca. Odbywa się on zwykle bez pasażerów. W naszym przypadku ferry flight zdarza się dość często, Nie zawsze mamy klientów w drodze powrotnej, a bywa również, że lecimy pustym samolotem po to, żeby kogoś przywieźć. Nigdy wcześniej nie miałam okazji uczestniczyć w takich lotach. W liniach komercyjnych bardzo rzadko się to zdarza, przede wszystkim z uwagi na straty ekonomiczne. Ferry odbywa się głównie w przypadku awarii, kiedy samolot musi być przebazowany. 

Zatem na wczorajszym Nowy Jork - Paryż siedziałam jak na szpilkach. Siedem godzin NIC-NIE-ROBIENIA?? Fajnie, że przynajmniej mamy wi-fi na pokładzie. Mój mężczyzna się nabijał, że pewnie padam ze zmęczenia, w końcu tyle pasażerów mamy do obsługi. Hahaha Mimo, że taki pusty lot to naprawdę świetna sprawa, miałyśmy wyznaczone godziny czuwania. Ktoś w końcu musi podać kawę kapitanowi i sprawdzać co jakiś czas kabinę oraz toalety, w razie jakiegoś niespodziewanego zagrożenia. Inną kwestią w naszym przypadku jest dbanie o porządek pokładu. Do naszych obowiązków, między innymi, należy sprzątanie samolotu po każdym locie. Jakby nie było, to w końcu nasz drugi dom, biuro, czy jakkolwiek inaczej to nazwać, zatem o wygląd musimy zadbać. Ferry jest najlepszą okazją do zorganizowania kuchni, uzupełnienia zapasów, uporządkowania szafek, posegregowania obrusów, wypolerowania sztućców, umycia toalet, przygotowania przedmiotów potrzebnych do serwisu, wyczyszczenia foteli i kanap, odkurzenia dywanów, przygotowania łóżka w sypialni, itd. Zakładamy więc białe rękawiczki (żeby nie zostawiać odcisków palców) i do roboty

Utrzymanie porządku w kabinie jest powodem wielu niesmacznych sytuacji i niepotrzebnych kłótni pośród załogi. W momencie kiedy wcześniejsza ekipa nie wykona swoich obowiązków w sposób, w jaki powinna, następne dziewczyny robią podwójną pracę. Podobnie jest między członkami jednej załogi. Każda z nas ma swoje stanowisko, za które jest odpowiedzialna. Jeśli nie zadba o swoją strefę, a na kolejnym locie pozycje zostają zamienione, nowa dziewczyna znowu zaczyna od porządkowania. Ach, życie byłoby dużo łatwiejsze, gdyby każdy wykonywał swoją pracę w stu procentach Wczoraj sama zaproponowałam głównej, że pomogę jej sprzątać sypialnię, tylko dlatego, że chciałam się bardziej rozeznać w tym obszarze i nauczyć odpowiedniego przygotowania. Pozostałe dziewczyny krzywo patrzały i komentowały, że nie powinnam się wtrącać, albo dawać wykorzystywać, bo to nie moja strefa. Super. Im to już zwisa, a ja ciągle chodzę po pokładzie w szoku, że samolot może tak wyglądać

Poza tym miałyśmy przyspieszony kurs stołowej etykiety...





Dziś miała być Genewa i Bejrut...



22 sierpnia 2014

Pierwszy prawdziwy serwis

W Los Angeles przyszedł e-mail z kolejnym tripem. Półgodzinny lot do Las Vegas, gdzie zabieramy naszych gości i kontynuujemy na wschodnie wybrzeże. Swoją drogą, zaczynam lubić ten dźwięk nadchodzącej wiadomości. Jestem zawsze podekscytowana nową destynacją, nawet jeśli przychodzi mi zobaczyć tylko pas startowy na lotnisku. Uwielbiam to środowisko!

Rodzina królewska jest naszym stałym klientem, do nich należy samolot i tym samym jesteśmy zawsze na ich usługi. Dodatkowo firma zaczęła się zajmować lotami czarterowymi. W tym przypadku samolot zostaje wynajęty przez nowego klienta. Tak było w przypadku Vegas, gdzie dołączyła do nas pięcioosobowa rodzina. W początkowym e-mailu otrzymaliśmy wiadomość, że zabieramy 28 pasażerów. Informacja została zmieniona w ostatniej chwili. Bardzo miła niespodzianka! Będę w końcu miała okazję przyjrzeć się serwisowi, bo w Bangor większość czasu spędziłam na lotnisku przy odprawie, kiedy dziewczyny wszystko przygotowywały. Ogólnie system wydaje się dość prosty. Dziewczyna, która operuje galley, może się wykazać tutaj swoją pomysłowością w dekoracji, bo sama przygotowuje dania dla gości. Chyba będzie mi się to podobać, mimo, że do gotowania mam dwie lewe ręce. Tu raczej chodzi o prezentację i organizację, z czym raczej problemu nie mam. Moja lead FA wzięła mnie do pomocy w obsługiwaniu gości, żebym mogła się lepiej przyjrzeć serwisowi.

Na tym typie samolotu jesteśmy cztery. Główna obsługuje kabinę VIP i ma do pomocy dziewczynę, której obszarem pracy jest mała galley. Z tyłu pokładu jedna z nas odpowiada za dużą galley i przygotowywanie wózka z daniami, a druga (w tym przypadku ja) obsługuje kabinę biznes i ekonomiczną, jeśli leci jakaś służba. Na tym locie mieliśmy tylko pięć gości w kabinie VIP, dlatego było nam łatwiej się zorganizować i sama mogłam pomóc bez żadnych zobowiązań na tyle. Oczywiście ważna jest terminologia i znajomość potraw. Będę musiała przestudiować dania z rożnych kuchni, a już na bank arabskiej (za którą osobiście nie przepadam, ehhh). Jeśli chodzi o styl serwowania, doświadczenie z Harrods'a bardzo mi się tu przydaje

Zadowolona z siebie, łatwego lotu i z dobrym raportem na mój temat w kieszeni, zapinam pas bezpieczeństwa przy schodzeniu do lądowania w Nowym Jorku. Odwiedzenie tego miasta marzeniem nigdy nie było, ale w czołówce miejsc na mojej liście, na bank się znajdowało.

Śmieję się, że mój mężczyzna nie miał czasu mnie zabrać do Nowego Jorku, więc szejk to zrobił



Dzień później... zakochałam się





Muszę tu wrócić, bo nie było mi dane dotrzeć pod Statuę Wolności. Tymczasem jutro pustym lotem do Paryża  




 

A jednak Los Angeles

Teraz już wiem, dlaczego każda z nas musi prowadzić Duty Report (takie sprawozdanie z pracy) i wysyłać firmie co miesiąc. Przy takim tempie, nie ma szans, żeby człowiek wszystko zapamiętał. Odkąd opuściłam Paryż, obojętnie z kim rozmawiam ze znajomych, czy z rodziny przez Skype, nikt nie wie, skąd akurat dzwonię. Sama się gubię!

Jeśli chodzi o system pracy i styl życia, powoli zaczynam się przyzwyczajać. Chociaż w zeszłym tygodniu we francuskiej stolicy dosięgnęłam osobistego mentalnego dna. Pierwszy raz od wielu lat pomyślałam, że sobie psychicznie nie poradzę. Mój pobyt w Paryżu przeciągał się z dnia na dzień. Nie było dostępnych lotów do Nicei, więc plany firmy związane z wysłaniem nas do USA naszym samolotem, zaparkowanym na południu Francji, legły w gruzach. Na recepcji zostałam poinformowana, że nasz pobyt został przedłożony o kolejne trzy dni. Super. Mam więcej czasu dla siebie i uporządkowanie wewnętrznych emocji.

O godzinie 1:00 w nocy, ktoś zaczął dobijać się do mojego pokoju: „Dostałaś maila? Lecimy rano do Nicei, o 8:00 zbiórka”. To jedna z dziewczyn z załogi, próbująca uratować mi skórę. Podobno sama, jak zaczęła pracować, zaspała kilka razy na zbiórkę, bo nie zdążyła odczytać niespodziewanych e-maili i nikt jej nie informował. No to pospałam. Stres. Pakowanie. Godzinę później e-mail, potwierdzający nasz wylot. Zaakceptowanie. Kolejny e-mail z zamówionym cateringiem. Zaakceptowanie...

Dlaczego myślałam, że psychicznie nie dam rady? Jest po 2:00 w nocy, za sześć godzin mam transport na lotnisko. Rano muszę się spakować i doczołgać na śniadanie. Przede mną trip Paryż – Nicea – Bangor – Los Angeles (ponad dwadzieścia godzin w pracy!). Nie wiem jak wygląda samolot i jaki jest serwis. Z całej załogi znam tylko jedną dziewczynę, więc nawet nie wiem z kim będę pracować. Czego się w ogóle spodziewać? Zostałabym w tym ciepłym łóżku. Buuuuuuuuuu...

Z Paryża, na szczęście, lecieliśmy bez pasażerów, więc próbowałam wykorzystać ten czas na opanowanie elementów serwisu – nakrywanie stołu, dekorację kabiny, lokalizacja przedmiotów na pokładzie. Nie miało sensu skupianie się na samym samolocie, ponieważ w Nicei przesiadaliśmy się na inny typ. Tam też zabieraliśmy naszych pasażerów – członek rodziny królewskiej z towarzyszem i służbą, w sumie pięć osób. Lot do Bangor, gdzie tankowaliśmy samolot i przechodziliśmy odprawę paszportową, trwał z jakieś osiem godzin. Kiedy goście (jakoś brzmi lepiej dla mnie, bo to w końcu nasz „dom”, do którego przyjmujemy wybranych ludzi) i część załogi poszła spać, miałam czas na obeznanie się z wyposażeniem samolotu; sprzęt ratowniczy i medyczny, funkcje foteli, zawartość szafek i szufladek. W Bangor część z nas wyszła z paszportami na lotnisko, pozostali przygotowywali jedzenie dla naszych gości. Zażyczyli sobie obiad, zaraz jak dolecimy do USA. Kiedy skończyli, ruszyliśmy do Los Angeles. Większość lotu przespałam, podobnie jak reszta.

Dojechałam do hotelu i myślałam, że wyzionę ducha! Tu nawet nie chodzi o pracę samą w sobie na pokładzie, bo przy pięciu pasażerach naprawdę mało było do zrobienia, tylko o fakt siedzenia w zamkniętej puszcze przez tyle godzin, zmianę stref czasowych i "bycia na nogach" przez tyle godzin.

Odczucia po pierwszym locie? Mam mętlik w głowie, jeśli chodzi o przygotowanie samolotu, odebranie cateringu przed wylotem, przeprowadzenie serwisu, ale wierzę, że z biegiem czasu wszystko stanie się bardziej jasne i łatwiejsze. To kwestia wprawy, a biorąc pod uwagę fakt, że bez szkolenia rzucili mnie na głęboką wodę, powinnam być chyba dumna z siebie. Dałam radę bez spalenia samolotu, czy otrucia gości Poza tym ciągle oswajam się ze światem VIP... prywatne samoloty, transport Mercedesem, wykwintne dania, doskonałość....


Los Angeles


A w LA spotkałam się ze znajomymi z japońskich linii. Dziołszki, dzięki za FANTASTYCZNE południe! Buzia wielka!  



16 sierpnia 2014

Czekanie wchodzi mi w krew

Od wczoraj byłam już wysłana w tysiąc różnych miejsc!

W piątek wieczorem przyszedł e-mail. Lecimy pustym samolotem do Maroko, gdzie zabieramy VIP z pasażerami i kontynuujemy do Arabii Saudyjskiej. Tam pewnie byśmy zostali zakwaterowani w hotelu i czekali na kolejne instrukcje. Podekscytowana, zaczęłam się wymieniać z moją załogą wiadomościami. Mam fuksa, że pierwszy lot jest bez pasażerów, bo będę mieć okazję rozeznać się, przyzwyczaić do nowego samolotu i przygotować porządnie na serwis. Zatem siedzę przy biurku z otwartą skrzynką mailową na laptopie, telefon podskakuje przy każdej nowej wiadomości od załogi: o której zbiórka, co chcemy zamówić do jedzenia na lot, itd. Rozbawiona konwersacją ekipy na Whatsapp, dostrzegam informacje na ekranie: „ Przepraszamy, lot odwołany”. Hmmm... trudno. Nasza Lead FA (odpowiednik Pursera, cabin crew odpowiedzialna za ekipę) miała przyjść do mnie do pokoju i pokazać, jak akceptować i odpowiadać na e-maile z firmy, wytłumaczyć kolejny krok po otrzymaniu takiej wiadomości, jak zamówić catering na lot, itd. Teraz to już chyba nie ma sensu, żeby przychodziła, skoro lot jest odwołany. Śmigam spać.

Dzisiaj rano, 7:23... ping ping. Ustawiłam powiadomienia na skrzynce mailowej, bo inaczej bym oszalała od częstego sprawdzania, czy jakiś e-mail się pojawi. „ Los Angeles – Nowy Jork, jutro o 13:00”. Ok!!! Czemu nie?      Tam mnie jeszcze nie widzieli! Nasz VIP, który siedzi właśnie na wakacjach, na południu Francji, leci do USA, a że załoga, która z nim tam jest, potrzebuje więcej wolnego, firma musi nas zamienić. Nasza załoga leci do Nicei, tamte dziewczyny, z kolei, wracają do Paryża. Wymieniamy się po prostu samolotami. Trochę pomieszane, ale ma sens Zastanawiam się tylko, jak ta zamiana będzie wyglądać. Długo na odpowiedz nie musiałam czekać. Zeszłam na śniadanie i dostałam kolejną wiadomość. Z powodu limitu czasowego i braku dostępnych lotów między Paryżem i Niceą, wszyscy zostajemy na swoich pozycjach. Szybko z tych Stanów wróciłam

Za dużo emocji jak na kilka godzin, idę biegać...





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...