22 sierpnia 2014

A jednak Los Angeles

Teraz już wiem, dlaczego każda z nas musi prowadzić Duty Report (takie sprawozdanie z pracy) i wysyłać firmie co miesiąc. Przy takim tempie, nie ma szans, żeby człowiek wszystko zapamiętał. Odkąd opuściłam Paryż, obojętnie z kim rozmawiam ze znajomych, czy z rodziny przez Skype, nikt nie wie, skąd akurat dzwonię. Sama się gubię!

Jeśli chodzi o system pracy i styl życia, powoli zaczynam się przyzwyczajać. Chociaż w zeszłym tygodniu we francuskiej stolicy dosięgnęłam osobistego mentalnego dna. Pierwszy raz od wielu lat pomyślałam, że sobie psychicznie nie poradzę. Mój pobyt w Paryżu przeciągał się z dnia na dzień. Nie było dostępnych lotów do Nicei, więc plany firmy związane z wysłaniem nas do USA naszym samolotem, zaparkowanym na południu Francji, legły w gruzach. Na recepcji zostałam poinformowana, że nasz pobyt został przedłożony o kolejne trzy dni. Super. Mam więcej czasu dla siebie i uporządkowanie wewnętrznych emocji.

O godzinie 1:00 w nocy, ktoś zaczął dobijać się do mojego pokoju: „Dostałaś maila? Lecimy rano do Nicei, o 8:00 zbiórka”. To jedna z dziewczyn z załogi, próbująca uratować mi skórę. Podobno sama, jak zaczęła pracować, zaspała kilka razy na zbiórkę, bo nie zdążyła odczytać niespodziewanych e-maili i nikt jej nie informował. No to pospałam. Stres. Pakowanie. Godzinę później e-mail, potwierdzający nasz wylot. Zaakceptowanie. Kolejny e-mail z zamówionym cateringiem. Zaakceptowanie...

Dlaczego myślałam, że psychicznie nie dam rady? Jest po 2:00 w nocy, za sześć godzin mam transport na lotnisko. Rano muszę się spakować i doczołgać na śniadanie. Przede mną trip Paryż – Nicea – Bangor – Los Angeles (ponad dwadzieścia godzin w pracy!). Nie wiem jak wygląda samolot i jaki jest serwis. Z całej załogi znam tylko jedną dziewczynę, więc nawet nie wiem z kim będę pracować. Czego się w ogóle spodziewać? Zostałabym w tym ciepłym łóżku. Buuuuuuuuuu...

Z Paryża, na szczęście, lecieliśmy bez pasażerów, więc próbowałam wykorzystać ten czas na opanowanie elementów serwisu – nakrywanie stołu, dekorację kabiny, lokalizacja przedmiotów na pokładzie. Nie miało sensu skupianie się na samym samolocie, ponieważ w Nicei przesiadaliśmy się na inny typ. Tam też zabieraliśmy naszych pasażerów – członek rodziny królewskiej z towarzyszem i służbą, w sumie pięć osób. Lot do Bangor, gdzie tankowaliśmy samolot i przechodziliśmy odprawę paszportową, trwał z jakieś osiem godzin. Kiedy goście (jakoś brzmi lepiej dla mnie, bo to w końcu nasz „dom”, do którego przyjmujemy wybranych ludzi) i część załogi poszła spać, miałam czas na obeznanie się z wyposażeniem samolotu; sprzęt ratowniczy i medyczny, funkcje foteli, zawartość szafek i szufladek. W Bangor część z nas wyszła z paszportami na lotnisko, pozostali przygotowywali jedzenie dla naszych gości. Zażyczyli sobie obiad, zaraz jak dolecimy do USA. Kiedy skończyli, ruszyliśmy do Los Angeles. Większość lotu przespałam, podobnie jak reszta.

Dojechałam do hotelu i myślałam, że wyzionę ducha! Tu nawet nie chodzi o pracę samą w sobie na pokładzie, bo przy pięciu pasażerach naprawdę mało było do zrobienia, tylko o fakt siedzenia w zamkniętej puszcze przez tyle godzin, zmianę stref czasowych i "bycia na nogach" przez tyle godzin.

Odczucia po pierwszym locie? Mam mętlik w głowie, jeśli chodzi o przygotowanie samolotu, odebranie cateringu przed wylotem, przeprowadzenie serwisu, ale wierzę, że z biegiem czasu wszystko stanie się bardziej jasne i łatwiejsze. To kwestia wprawy, a biorąc pod uwagę fakt, że bez szkolenia rzucili mnie na głęboką wodę, powinnam być chyba dumna z siebie. Dałam radę bez spalenia samolotu, czy otrucia gości Poza tym ciągle oswajam się ze światem VIP... prywatne samoloty, transport Mercedesem, wykwintne dania, doskonałość....


Los Angeles


A w LA spotkałam się ze znajomymi z japońskich linii. Dziołszki, dzięki za FANTASTYCZNE południe! Buzia wielka!  



Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...