25 września 2014

We własnym łóżku!

43 dni temu stałam w kolejce do kasy, która zresztą została chwilowo zamknięta na czas modlitwy, kiedy dostałam wiadomość, że za kilka godzin odlatuje mój samolot do Paryża. To był stres, o którym tutaj przeczytacie. Przyjechałam zdyszana, najszybciej jak mogłam, do nowej willi, gdzie tylko rzuciłam rzeczy na łóżko, spakowałam do walizki cokolwiek było w moim zasięgu i wsiadłam do taksówki na lotnisko. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że nie będzie mnie tutaj ponad miesiąc...

Może to dziwnie zabrzmi, ale wzruszyłam się na wiadomość, że wracamy do bazy. Przez ostatnie dni miałam już koszmary senne, że ktoś wszedł do mojego pokoju i zabrał wszystko, co tam zostawiłam. Jak wyjeżdżałam, nie zdążyłam nawet zamknąć za sobą drzwi, a na samej górze mojego dobytku zostawiłam, ładnie podany na tacy, aparat fotograficzny. Na szczęście potwierdziło się to, co mówiły dziewczyny, że nasz kompleks mieszkaniowy jest dość bezpieczny. Nie ma żądnych kradzieży. Mimo wszystko martwił mnie fakt, że nie mam kluczy do własnego domu i w ogóle nie wiem, co tam się dzieje. Od czasu do czasu dostawałam wiadomości od mojej współlokatorki Włoszki, która miała więcej szczęścia przebywać w naszej willi, że znowu wezwała ekipę do dezynsekcji. Bleeeeeeee!

Kiedy wracamy do bazy, parkujemy na lotnisku wojskowym, z którego droga do naszego kompleksu trwa tylko z jakieś dziesięć minut. Wylądowaliśmy zatem grubo po północy z Kuwejtu, gdzie zostawiliśmy naszych gości. Pozytywnie naładowana, nie dałam się nawet mega zmęczeniu i narzekaniom babińca. Mam tylko nadzieje, że drzwi do mojej willi będą otwarte. Wysłałam wcześniej wiadomość do człowieka, który w jakiś sposób odpowiada za nasz kompleks. Ktoś przecież musi mieć zapasowe klucze. Pozytywnie! Chwilę później już rozpakowywałam zakupy, co było równie emocjonujące, jak otwieranie prezentów świątecznych. Przez ten czas zapomniałam w ogóle, co przed wyjazdem kupiłam. Nowa pachnąca pościel, lampka nocna, duperelki do łazienki, pseudo-tapeta do pokoju. Mała rzecz, a cieszy. Chcę się tu poczuć, jak w domu, w końcu jeszcze ponad miesiąc zanim polecę na moje cztery tygodnie wolnego. Poszłam spać jakoś nad ranem i wiecie co? Nie mogłam zasnąć...

„Wracacie do bazy? O kurka, współczucia! Umrzesz tam z nudów”. Już nie pamiętam kto mnie tak fantastycznie wspierał, ale wiedziałam od razu, że jest w mega błędzie. Każdy, kto pracuje z ludźmi na porządku dziennym, ceni sobie ponad wszystko momenty wyciszenia i osobistą pustelnię. Ja podpisuję się pod tym wszystkimi możliwymi sposobami!

Siłownia, basen, własne gotowanie, książka, kubek zielonej herbaty... Chwilo, trwaj wiecznie!

 

Moja współlokatorka musi mieć dwie lewe ręce, skoro nie ruszyła tego przez dwa tygodnie, a może dostała cynk od mojego mężczyzny, że uwielbiam skręcać




23 września 2014

Czas na kolosa!

Jestem zrozpaczona! Nie wiedziałam, że można się tak bardzo przywiązać do kogoś, kogo nie traktowało się poważnie...

Ponad miesiąc latałam na Airbusie z trzema paniusiami zmizerniałą Greczynką, podstrzeloną Rumunką i Czeszką z ADHD. Z tą ostatnią zżyłam się najbardziej. Mimo jej infantylnie dziewczęcego usposobienia i braku osobistego ogarnięcia (stąd moje „niepoważne” jej traktowanie), uwielbiam w niej żywotność i chęć robienia rzeczy. To ona mnie targała po ulicach Dżedda, kazała pozować do zdjęć na Brooklynie i wkręciła w tajniki firmy. Dzięki niej o lotach wiedziałam dużo wcześniej przed otrzymaniem oficjalnego e-maila, bo jako jedna z nielicznych ma wgląd w system. Kiedy mnie poinformowała, że zaczyna się jej wolne, a ja prawdopodobnie zostanę w końcu przerzucona na inny samolot, byłam dość podekscytowana. Ta odmiana, na którą tyle czekałam!
„Będę za Tobą tęsknić” - palnęła przy naszym ostatnim spotkaniu. Powiało telenowelą

Z Paryża do Arabii Saudyjskiej wracałam zatem na Boeingu 777. To największy samolot w bazie i należy do naszego księcia. Najstarszy Airbus był jego pierwszym samolotem, teraz służy na krótkie loty, dla członków rodziny, albo loty czarterowe. Zatem nadszedł dzień, kiedy przyszło mi postawić stopę na tym nowoczesnym olbrzymie z najnowszą pokładową technologią i wystrojem niczym z pałacu. Nowa Główna przypisała mnie na stanowisko R1, gdzie priorytetowym zadaniem jest czuwanie nad kokpitem. W liniach lotniczych istnieje zasada sprawdzania pilotów co 20-30 minut. Zarówno ze względów bezpieczeństwa, jak i humanitarnych. To w końcu też część załogi, która ma swoje potrzeby, a sama obsłużyć się nie może Poza tym R1 przygotowuje wszelkie drinki potrzebne w kabinie VIP. Espresso, Latte, Cappuccino, Ristretto, Macchiato? Się robi... z zamkniętymi oczami W końcu mieliśmy 20 gości! Nie było źle, jak na pierwszy lot.

Podczas okresu próbnego mamy do wypełnienia trzy zestawy dokumentów. W każdym znajduje się lista kontrolna z danego typu samolotu. Musimy odhaczyć wszystkie punkty dotyczące sprzętu ratowniczego, systemów pokładowych, lokalizacji przedmiotów potrzebnych do serwisu, od kokpitu po ostatnią toaletę. Drugi formularz, wypełniany przez seniorów, to komentarz odnośnie naszej postawy na pokładzie, zarówno w stosunku do gości, jak i reszty załogi. Na ostatnim locie, mimo, iż dryfowaliśmy przez pięć godzin, było za dużo pracy, aby Główna mogła ze mną wszystko przerobić. Zaproponowała mi jednak, żebym poszła z nią w dzień wolny odwiedzić samolot. Miała do zrobienia kilka rzeczy, ale po ich skończeniu, mogłaby mi wszystko na spokojnie pokazać. Bez dwóch zdań zgodziłam się.

Na pokładzie, zaczynając od kokpitu:
  • mała galley, skąd serwujemy napoje dla VIP
  • biuro, z którego przechodzi się do sypialni i łazienki VIP
  • majlis, rodzaj arabskiego salonu, gdzie przyjmuje się gości, dodatkowe fotele i sofy
  • jadalnia na dwanaście osób
  • cztery małe pokoje, każdy z rogową kanapą i łazienką, miejsce relaksacji i odpoczynku gości
  • środkowa galley, w której przygotowuje się jedzenie dla VIP
  • kabina biznesowa z dwunastoma siedzeniami, wyglądem i rozmieszczeniem przypomina klasę biznes w liniach komercyjnych
  • kabina ekonomiczna na pięćdziesiąt ludzi (na szczęście nigdy nie jest pełna! )
  • tylna galley, skąd serwuje się jedzenie dla reszty gości

Narazie wiem tylko czym się zajmuje R1. Mam nadzieję, że niebawem obcykam również pozostałe stanowiska. Tym samym wierzę, że polubię ten samolot. W końcu B777 był zawsze moim maleństwem, odkąd zaczęłam latać w japońskich liniach. Później w arabskich uwielbiałam go bardziej niż superjumbo A380. A teraz? Zdradzić go mam dla małego A320? Ha! Pomyślicie, że jestem podstrzelona, ale nie mam ani dziecka, ani kota, na które mogłabym przelać moją miłość hahahahahhahahahaha! Z każdym lotem za pewne będzie coraz lepiej. Kwestia zaparcia i czasu. Poza tym nowym elementem na B777 jest obecność kucharza...???? NO, wiem, też zrobiłam oczy. Zwłaszcza, że jego rola ogranicza się do tego samego, co my robimy, kiedy dostajemy pozycję galley. Może kiedyś w przyszłości, jak firma pomyśli nad innym serwisem, jego obecność będzie bardziej cenna, a kulinarne zdolności w pełni zostaną wykorzystane.


A może powinnam pomyśleć o pracy na czymś takim??...








22 września 2014

Najstarszy w zespole - A320

Przyznam, że odkąd zaczęłam pracować w tej firmie, miałam wielkie szczęście, jeśli chodzi o loty. Może nie pod kątem ilości, bo dwadzieścia pięć startów i lądowań w przeciągu ostatnich paru tygodni, daje się jednak we znaki. Nie mogę natomiast narzekać na liczbę pasażerów, która nie sięgała nigdy więcej niż sześć To jedna z zalet latania na małym Airbusie. Drugą, zdecydowanie, jest mała załoga, licząca tylko cztery dziewczyny, mechanika i dwóch pilotów. Tym sposobem czujemy się bardziej jak rodzina, niż ekipa z pracy. Związałam się z tą maszyną! Miałam raz okazję porozmawiać tak głębiej z naszym mechanikiem. To członek załogi, który wszędzie z nami lata i praktycznie jest od wszystkiego – nadzór cargo, rozwiązywanie problemów w kokpicie, obsługa pokładowego systemu rozrywkowego, czy nawet rozkładanie kanapy dla gości. To człowiek, który pierwszy stawia stopę na pokładzie (jego zbiórka z hotelu jest zwykle długo przed naszą) i zamyka drzwi po naszym wyjściu. Tak więc mój ulubiony mechanik przyznał się, że często rozmawia z A320. Rozumiem go doskonale!

Nasz A320 ma układ kabin i aranżację typową dla samolotów VIP. Wchodząc na pokład drzwiami L1 – pierwsze po lewej stronie, w kolejności znajdziemy:
  • małą galley, gdzie przygotowujemy przede wszystkim drinki i ciepłe napoje dla naszych gości.
  • kabinę VIP, w której przebywa główny VIP ze swoimi najbliższymi towarzyszami. Przy dużym stole jeden z foteli ma całkiem inny styl. Jest on przeznaczony właśnie dla niego i jak na razie w ten sposób odróżniam naszych gości. Poza tym kilka foteli, sofa i stół jadalniany,
  • sypialnię z łazienką, z której znowu korzysta wyłącznie VIP,
  • kabinę biznes, gdzie przebywają towarzysze niżsi rangą. Tutaj znajdują się dwie kanapy, barek i stół, przy którym goście spożywają posiłek,
  • kabinę ekonomiczną, w której mieści się tylko kilka rzędów siedzeń (jak na pokładzie normalnej linii lotniczej) i zajmowana jest wyłącznie przez służbę głównego VIP. Poza tym to idealne miejsce na ulokowanie wszystkich bagaży wnoszonych na pokład i większych przedmiotów potrzebnych do serwisu. Na lotach z pasażerami tutaj właśnie śpi załoga (na lotach ferry natomiast, każdy się rozkłada, gdzie mu pasuje )
  • toaletę i drugą galley, w której przygotowywana jest większość potraw, wózków z jedzeniem i wszystko to, co jest potrzebne dla gości w kabinie biznes i ekonomicznej.

Dwie dziewczyny z przodu odpowiedzialne są za strefę VIP. Z pozostałych dwóch na tyle jedna zajmuje się kabiną, druga odpowiada za galley. Biorąc pod uwagę szczęście na moich lotach, obojętnie na jakim stanowisku mnie umieszczono, zawsze było fajnie. Z przodu miałam do czynienia z bardzo sympatycznymi gośćmi. Z kolei kiedy byłam na tyle, musiałam obsłużyć tylko jednego pomocnika VIP. Luzik.

Z bananem na gębie wspominam jednak mój pierwszy i jedyny do tej pory pełny lot. Dwudziestu pięciu dorosłych, troje dzieci, siedem skrzynek z sokołami i niezliczona ilość walizek, paczek, pudełek, których nie było gdzie umieścić (cargo też całe zajęte)! Startowałam ze złożonym wózkiem dziecięcym na kolanach, a lądowałam z podkurczonymi nogami na pudełku po lodach. Odstawmy na bok kwestię bezpieczeństwa, ok? Nie wiedziałam czy płakać, czy śmiać się, jak widziałam ten tłok na pokładzie. Patrzcie, kilka tygodni i już zapomniała jak to jest w liniach komercyjnych, hahaha! To jeszcze nie wszystko... Po raz pierwszy dostałam stanowisko tylnej galley. Zatem należało do mnie ulokowanie cateringu dla ponad trzydziestu ludzi, później przygotowanie wszystkiego na talerzach, zmywanie na bieżąco, dodatkowe przygotowywanie drinków i innych widziMiSię. Wszystko na powierzchni 3x1. Przez pięć godzin nie usiadłam ani na chwilę, wyrżnęłam na marchewce, ziemniaki znalazłam nawet w kieszeniach uniformu, rajstopy miałam koloru zupy, na przedramieniu został ślad metalowej wkładki z piekarnika, ale jedzenie zostało podane bez problemu na czas. Każdy zadowolony opuścił pokład, a ja dumna z siebie poklepałam się po ramieniu. Po takim hardcorowym locie, chyba dam radę ze wszystkim, co nie?

Poniżej taki ogólny obraz tego, jak wnętrze samolotu VIP może wyglądać. Filmik jest zbiorem zdjęć z pokładów Comlux (pozdrowienia dla moich znajomych!), który nie różni się tak bardzo od naszego






20 września 2014

Zbieg okoliczności?

Ból policzków od śmiechu, dłoń zamknięta w mocnym uścisku, spojrzenie, które zdradza więcej niż tysiące wypowiedzianych słów, znajomy zapach i podjadanie z jego talerza, bo zwykle to, co zamówi, lepiej smakuje...

W ostatniej chwili dowiedziałam się o locie do Paryża. Lądowaliśmy w tym samym czasie, co B777 z Japonii, z moim mężczyzną na pokładzie. Pod koniec sierpnia zadzwonił do mnie: „Będę znowu w tym ekscytującym mieście, z fantastyczną załogą, tak na marginesie. Super gdybyś tam akurat miała layover, inaczej umrę z nudów!” Uwielbiam jego cynizm!!! A z drugiej strony, faktycznie byłoby niesamowitym spotkać się po raz kolejny w tym miesiącu i jeszcze w miejscu pełnym wspólnych wspomnień! Zatem fantastyczny zbieg okoliczności, czy Karma maczała w tym palce?! Po naszym spotkaniu w Anglii, które zostało brutalnie skrócone akcją Rumunki, wspólne trzy dni w Paryżu to jak prezent podany na złotej tacy.

Mimo tylu lat spędzonych razem, a jednak oddzielnie w podróżach, ciągle się zastanawiam, jakim cudem nasz związek ciągle istnieje. Może faktycznie ma na to wpływ sytuacja zawodowa, bo w końcu oboje poświeciliśmy się lataniu i na tym zaczęliśmy w jakiś sposób budować naszą więź. Choć ważne jest też zapewne to, jak sobie emocjonalnie z tym radzimy. Tyle się mówi, że zaufanie, wzajemne zrozumienie i dialog, to podstawy związku. Tak też jest. Wszystkie te lata docierania się i rozwijania w sobie pewnych wartości, doprowadziły nas do tego miejsca, gdzie teraz razem jesteśmy. Zdaję sobie sprawę, że czasem moje plany mają charakter dość egoistyczny, ale w tym wszystkim staram się też zostawić miejsce na dyskusję i możliwy kompromis. Czego niestety nie mogę powiedzieć, jeśli chodzi o relację z rodzinką. Kochani, osiem lat temu zostaliście postawieni przed brutalnym faktem wyjazdu i od tej pory bombarduję Was z każdej strony nowymi pomysłami. Wiele razy słyszałam, jak ludzie się żalili, że rezygnują z planów, bo rodzina jest ważniejsza, a ja świadomie wytępiłam tęsknotę, żeby przetrwać. Gdzie zatem przebiega ta granica pomiędzy dążeniem za własnymi marzeniami, a egoizmem? Gdziekolwiek bym jednak nie była, zawsze Was noszę w sercu i myślach! Wierzę, że niebawem dane nam będzie spędzić więcej czasu razem i nadrobić te lata fizycznej nieobecności.

Kusiol







17 września 2014

Babiniec

Po tygodniach przemieszczania się pomiędzy Francją, Arabią Saudyjską i Hiszpanią, z minimum odpoczynku, wylądowałam w końcu na oparach w Rijadzie. Prosiłam wcześniej w duchu o jakieś miejsce, gdzie będę mogła odpocząć i oto zesłano mnie na kilka dni do saudyjskiej stolicy. To miasto nie ma kompletnie nic wspólnego z Dżedda, w którym spędziliśmy już layover i które też zdążyłam lepiej poznać. Rijad jest bardziej rygorystyczny. Podczas śniadania w hotelu nie możemy nawet siadać przy tym samym stole, co piloci. Sauna, basen i siłownia są tylko i wyłącznie dla mężczyzn. OK, my też mamy taką małą, chociaż jest to raczej pokój hotelowy, w którym wstawiono bieżnię i rowerek. Lepszy rydz, niż nic! Zatem przymusowe czytanie książki, na którą nie miałam nigdy czasu, sesje Skype ze znajomymi i rodziną, która też już straciła świadomość tego, gdzie obecnie przebywam, plus niezliczone godziny snu. Nie mam nic przeciwko, aby zostać tu nawet przez tydzień! Tym bardziej, że przeniesiono nas dziś z typowo arabskiego hotelu do Marriotta, gdzie trochę powiewa światem zachodnim. SPA i basen niestety ciągle są tylko dla przeciwnej płci, co ustalone jest przez lokalne prawo. Pomyśleć, że na zachodzie Arabii Saudyjskiej zasady są bardziej człowiekowi przychylne. Nawet lokalni mówią o Dżedda jak o innym kraju. Trafiłam zatem w miejsce, o którym tyle mi mówiono Nie wychodzę z pokoju...

W drodze do nowego hotelu zabraliśmy kolejną dziewczynę z załogi. Jupi!! Jestem w fimie już ponad miesiąc, a poznałam ich dopiero pięć (z trzydziestu). Barbie będzie zastępować Rumunkę, która wczoraj skończyła swój 90-dniowy okres próbny i pojechała do domu na cztery tygodnie wolnego, przysługujące nam po rotacji. Jedno co mogę powiedzieć........CHWAŁA CI PANIE!!!!! Bo ta mieszkanka kraju Drakuli miała ostro poryte pod sufitem! Z doświadczenia wiem, że nie warto się wdawać w żadne dyskusje, które dają okazję do niefortunnego ujawnienia powierzonych w tajemnicy informacji, zwłaszcza w babskim środowisku. Kiedyś raz palnęłam coś w dobrej wierze i straciłam przyjaźń na kilka lat. Dostałam tym sposobem lekcję, którą zapamiętałam do końca życia. Nauczyłam się zachowywać wiadomości dla siebie i szanować fakt, że ludzie mi ufają. Rumunka podpadła mi od pierwszego wejrzenia. Nie ukrywam, że początkowo w jakiś sposób czułam do niej sympatię (a może wymuszałam ją w sobie), zwłaszcza po tym, jak drugiego dnia pobytu w Paryżu, zaprosiła mnie do swojego pokoju na pogaduchy. Opowiedziała dużo o firmie i życiu w liniach prywatnych. Ostrzegła przed kilkoma osobami (tu mi podpadła bardziej, wręcz ją prosiłam, żeby zachowała imiona dla siebie). Poza tym pracowała kiedyś dla firmy Szejk I, której ofertę pracy początkowo przyjęłam. Tak, świat jest mały! Przekonałam się tylko, że dokonałam dobrego wyboru, bo dziewczyny u Szejka I dużo więcej latają za mniejsze wynagrodzenie. Ale wracając do Rumunki... Ma specyficzny sposób bycia. Co chwilę zmienia zdanie, ma humory, a wyraz twarzy i ton przyjmuje taki, jakby wieczne wszystkich winiła za coś. Dawno w życiu nie poznałam tak NIEPRZYJEMNEJ osoby. Dramat się zaczął, kiedy zapytałam główną, czy Rumunka taka jest z natury, czy może ma jakiś problem, albo jest na mnie o coś zła. Później na locie podbiega do mnie z rykiem: „ Co ja ci takiego zrobiłam???!! Czemu mówisz, że jestem złą osobą?!!”. Miała rozmowę z główną w sprawie swojego wyglądu i nastawienia do ludzi, które praktycznie było obserwacją nas wszystkich, a ten niski iloraz inteligencji zamiast przyjąć opinię na swój temat i zastanowić się nad własnym zachowaniem, zaczął obwiniać wszystkich dookoła. Tym sposobem wpadłam w jej sidła już na samym początku. Później było tylko gorzej. Przełykałam spokojnie każdą zniewagę z jej strony, zmianę humoru, fochy, miny i ton głosu. Starałam się być miła jak nigdy, mimo iż jej widok i wypowiadane zdania, wzbudzały we mnie nie tylko odruch wymiotny, ale i czystą niechęć. Walczyłam z tym. Miarka się przebrała, kiedy wylądowaliśmy w Anglii... Wiedziała, że czeka na mnie mój mężczyzna, a z racji, że nie czuła się dobrze od dwóch tygodni, postanowiła w końcu to zgłosić i wezwać lekarza. Czekanie na pogotowie, wywiad lekarski na pokładzie. Trzy godziny odjęte z mojego i tak krótkiego spotkania. Następnego dnia pełna energii biegała po pokładzie i śpiewała. Zostawiła otwartą szafkę w galley, w której drzwiczki uderzyłam się przy odwrocie. To nie pierwszy przypadek, kiedy zostawiła szafkę otwartą. Na jednym locie strzaskała całą szufladę szklanek, która wyjechała przy lądowaniu. Poszłam do niej od razu:
  • „Możesz zamykać za sobą szafki, proszę cię? Uderzyłam się właśnie w te, które zostawiłaś otwarte...”
  • „Co??? Znowu masz do mnie problem???!!!! Skończ już z tym nastawieniem!!!”
  • „ ?????”
  • „No patrz na nią, znowu się czepia” - rzuciła do naszej głównej
  • „Poprosiłam cię tylko, żebyś za sobą zamykała drzwi, bo się uderzyłam w głowę. Gdybyś ty była w mojej sytuacji, to już byś wszystkich skrytykowała.”

Od tego zdarzenia wymieniamy między sobą tylko konieczne informacje, związane z pracą. Odcinam się od tej osoby w każdy możliwy sposób. Zatem rumuński tobołek został wczoraj wysłany, a ja w końcu mogę odetchnąć pełną piersią. 

Ty, Karmo... mam nadzieję, że będziesz działać  


A to widok z okna na naszym saudyjskim odludziu:









10 września 2014

Nie wyrabiam

Stwierdziłam ostatnio, że fajnie byłoby polecieć w miejsce, gdzie byłam milion razy i nie mam żadnych znajomych. Wtedy zdecydowanie nadrobiłabym brak obecności na blogu, deficyt senny, zaliczyła pralnie (bo odkąd wyleciałam z bazy, nie miałam jeszcze szansy do niej wrócić), odpisała na wszystkie wiadomości (z góry przepraszam za milczenie!). Nie wiem, czy ten brak organizacji przychodzi z wiekiem, czy to charakter pracy w prywatnych liniach, bo jakoś we wcześniejszych latach i innych firmach ogarniałam wszystko w mgnieniu oka.

Za mną już pokaźna liczba lotów między Paryżem, Arabią Saudyjską i USA. Kilka dni temu trafił nam się lot do Alicante we wschodniej Hiszpanii. Serio? Mam tam znajomych, których zamierzałam odwiedzić od dłuższego czasu. Dzięki Firmo! Dziś po południu dostałam wiadomość, że jutro tam wracamy. Uwielbiam tą nieprzewidywalność!

Tymczasem w Dżedda, w dzielnicy Al-Balad...





Kotów jest tutaj chyba więcej niż ludzi!





Cukier z herbatą




Cieszę się, że jestem tutaj z moją Czeszką, która zna okolicę i nie należy do tych osób, spędzających każdy layover w hotelu albo centrach handlowych. Śmiga ze swoim profesjonalnym aparatem w ciekawe miejsca i tym sposobem, dzięki niej, odkryłam całkiem przyjazne Dżedda. Ona cyka fotki do swoich projektów, ja zaczepiam lokalnych i wypytuję o życie codzienne. Większość napotkanych ludzi, to oczywiście mężczyźni, bo to oni głównie przesiadują w cieniu budynków i drzew, pogrywając w domino i popijając mega słodką, arabską herbatę. Pierwszego dnia, spacerując po mieście, zostałyśmy zaproszone na ławkę czy dywanik wiele razy. Do tego stopnia, że pod koniec dnia mdliło mnie od tej słodyczy. Hmmm, podobno nie wypada tutaj odmawiać, a już na pewno starszyźnie... Mijane kobiety na ulicach, choć widuje się je sporadycznie (a może to tylko w tej okolicy), też wydawały się dość sympatyczne. Mimo iż całkowicie zasłonięte, można było odczytać uśmiech w ich spojrzeniu. Jednego dnia dołączył do nas pod drzewem lokalny chłopak, który podobno mieszkał i uczył się w Manchester. Jego angielski był bardzo dobry, porównując do reszty napotkanych ludzi. Początkowo byłam dość zdystansowana. Słyszałam, że kobieta nie może przebywać w obecności mężczyzny, jeśli nie są poślubieni. Jego przyjazna postawa nie miała nic wspólnego z tym, o czym mi opowiadali znajomi w Europie. Może jest inny przez fakt, iż mieszkał w Anglii przez jakiś czas? Poza tym sam mi powiedział, że na nas turystów inaczej się tutaj patrzy. Niby musimy respektować prawo, ale w końcu mamy swoją kulturę, co miejscowi rozumieją i jakiś kompromis zostaje zachowany. Chwilę później opowiadał mi o imprezach i Marysi. Powaga?! Myślałam, że za to się tutaj siedzi! Pewnie spędziłabym tutaj parę dni więcej i nawet kwestia braku alkoholu w kraju byłaby rozwiązana Nie jest źle. Nawet zaczynam dostrzegać zalety noszenia abaji – schodzę na śniadanie w piżamie i nie mam dylematów przy ubieraniu się

Umarłam z wrażenia już w ogóle, kiedy Czeszka zabrała mnie nad Morze Czerwone, do prywatnego kurortu. Podobno lokalni wstępu tu nie mają, a miejsce wygląda jak na Karaibach. Pierwszy raz nurkowałam! Bajka...



Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...