Nie wyrabiam

września 10, 2014

Stwierdziłam ostatnio, że fajnie byłoby polecieć w miejsce, gdzie byłam milion razy i nie mam żadnych znajomych. Wtedy zdecydowanie nadrobiłabym brak obecności na blogu, deficyt senny, zaliczyła pralnie (bo odkąd wyleciałam z bazy, nie miałam jeszcze szansy do niej wrócić), odpisała na wszystkie wiadomości (z góry przepraszam za milczenie!). Nie wiem, czy ten brak organizacji przychodzi z wiekiem, czy to charakter pracy w prywatnych liniach, bo jakoś we wcześniejszych latach i innych firmach ogarniałam wszystko w mgnieniu oka.

Za mną już pokaźna liczba lotów między Paryżem, Arabią Saudyjską i USA. Kilka dni temu trafił nam się lot do Alicante we wschodniej Hiszpanii. Serio? Mam tam znajomych, których zamierzałam odwiedzić od dłuższego czasu. Dzięki Firmo! 😍Dziś po południu dostałam wiadomość, że jutro tam wracamy. Uwielbiam tą nieprzewidywalność!

Tymczasem w Dżedda, w dzielnicy Al-Balad...




Kotów jest tutaj chyba więcej niż ludzi



Saudyjski cukier z herbatą



Cieszę się, że jestem tutaj z moją Czeszką, która zna okolicę i nie należy do tych osób, spędzających każdy layover w hotelu albo centrach handlowych. Śmiga ze swoim profesjonalnym aparatem w ciekawe miejsca i tym sposobem, dzięki niej, odkryłam całkiem przyjazne Dżedda. Ona cyka fotki do swoich projektów, ja zaczepiam lokalnych i wypytuję o życie codzienne. Większość napotkanych ludzi, to oczywiście mężczyźni, bo to oni głównie przesiadują w cieniu budynków i drzew, pogrywając w domino i popijając mega słodką, arabską herbatę. Pierwszego dnia, spacerując po mieście, zostałyśmy zaproszone na ławkę czy dywanik wiele razy. Do tego stopnia, że pod koniec dnia mdliło mnie od tej słodyczy. Hmmm, podobno nie wypada tutaj odmawiać, a już na pewno starszyźnie... Mijane kobiety na ulicach, choć widuje się je sporadycznie (a może to tylko w tej okolicy), też wydawały się dość sympatyczne. Mimo iż całkowicie zasłonięte, można było odczytać uśmiech w ich spojrzeniu. Jednego dnia dołączył do nas pod drzewem lokalny chłopak, który podobno mieszkał i uczył się w Manchester. Jego angielski był bardzo dobry, porównując do reszty napotkanych ludzi. Początkowo byłam dość zdystansowana. Słyszałam, że kobieta nie może przebywać w obecności mężczyzny, jeśli nie są poślubieni. Jego przyjazna postawa nie miała nic wspólnego z tym, o czym mi opowiadali znajomi w Europie. Może jest inny przez fakt, iż mieszkał w Anglii przez jakiś czas? Poza tym sam mi powiedział, że na nas turystów inaczej się tutaj patrzy. Niby musimy respektować prawo, ale w końcu mamy swoją kulturę, co miejscowi rozumieją i jakiś kompromis zostaje zachowany. Chwilę później opowiadał mi o imprezach i Marysi. Powaga?! Myślałam, że za to się tutaj siedzi! Pewnie spędziłabym tutaj parę dni więcej i nawet kwestia braku alkoholu w kraju byłaby rozwiązana 😉 Nie jest źle. Nawet zaczynam dostrzegać zalety noszenia abaji – schodzę na śniadanie w piżamie i nie mam dylematów przy ubieraniu się 😄

Umarłam z wrażenia już w ogóle, kiedy Czeszka zabrała mnie nad Morze Czerwone, do prywatnego kurortu. Podobno lokalni wstępu tu nie mają, a miejsce wygląda jak na Karaibach. Pierwszy raz nurkowałam! Bajka...



Przeczytaj również

0 komentarze

Archiwum

Obserwuj bloga