We własnym łóżku!

września 25, 2014

43 dni temu stałam w kolejce do kasy, która zresztą została chwilowo zamknięta na czas modlitwy, kiedy dostałam wiadomość, że za kilka godzin odlatuje mój samolot do Paryża. Przyjechałam zdyszana, najszybciej jak mogłam, do nowej willi, gdzie tylko rzuciłam rzeczy na łóżko, spakowałam do walizki cokolwiek było w moim zasięgu i wsiadłam do taksówki na lotnisko. Wtedy jeszcze nie wiedziałam, że nie będzie mnie tutaj ponad miesiąc...

Może to dziwnie zabrzmi, ale wzruszyłam się na wiadomość, że wracamy do bazy. Przez ostatnie dni miałam już koszmary senne, że ktoś wszedł do mojego pokoju i zabrał wszystko, co tam zostawiłam. Jak wyjeżdżałam, nie zdążyłam nawet zamknąć za sobą drzwi, a na samej górze mojego dobytku zostawiłam, ładnie podany na tacy, aparat fotograficzny. Na szczęście potwierdziło się to, co mówiły dziewczyny, że nasz kompleks mieszkaniowy jest dość bezpieczny. Nie ma żądnych kradzieży. Mimo wszystko martwił mnie fakt, że nie mam kluczy do własnego domu i w ogóle nie wiem, co tam się dzieje. Od czasu do czasu dostawałam wiadomości od mojej współlokatorki Włoszki, która miała więcej szczęścia przebywać w naszej willi, że znowu wezwała ekipę do dezynsekcji. Bleeeeeeee!

Kiedy wracamy do bazy, parkujemy na lotnisku wojskowym, z którego droga do naszego kompleksu trwa tylko z jakieś dziesięć minut. Wylądowaliśmy zatem grubo po północy z Kuwejtu, gdzie zostawiliśmy naszych gości. Pozytywnie naładowana, nie dałam się nawet mega zmęczeniu i narzekaniom babińca. Mam tylko nadzieje, że drzwi do mojej willi będą otwarte. Wysłałam wcześniej wiadomość do człowieka, który w jakiś sposób odpowiada za nasz kompleks. Ktoś przecież musi mieć zapasowe klucze. Pozytywnie! Chwilę później już rozpakowywałam zakupy, co było równie emocjonujące, jak otwieranie prezentów świątecznych. Przez ten czas zapomniałam w ogóle, co przed wyjazdem kupiłam. Nowa pachnąca pościel, lampka nocna, duperelki do łazienki, pseudo-tapeta do pokoju. Mała rzecz, a cieszy. Chcę się tu poczuć, jak w domu, w końcu jeszcze ponad miesiąc zanim polecę na moje cztery tygodnie wolnego. Poszłam spać jakoś nad ranem i wiecie co? Nie mogłam zasnąć... 😉

„Wracacie do bazy? O kurka, współczucia! Umrzesz tam z nudów”. Już nie pamiętam kto mnie tak fantastycznie wspierał, ale wiedziałam od razu, że jest w mega błędzie. Każdy, kto pracuje z ludźmi na porządku dziennym, ceni sobie ponad wszystko momenty wyciszenia i osobistą pustelnię. Ja podpisuję się pod tym wszystkimi możliwymi sposobami!

Siłownia, basen, własne gotowanie, książka, kubek zielonej herbaty... Chwilo, trwaj wiecznie! 😍

Moja współlokatorka musi mieć dwie lewe ręce, skoro nie ruszyła tego przez dwa tygodnie, a może dostała cynk od mojego mężczyzny, że uwielbiam skręcać 😜

Przeczytaj również

0 komentarze

Archiwum

Obserwuj bloga