05 lutego 2015

Egzaminy po saudyjsku


To znowu ta pora na odnowienie licencji! Normalnie powinnam siedzieć z manualem od kilku dni i studiować procedurę za procedurą (tego wymagały dubajskie linie), albo lepiej, wyraz po wyrazie (tego z kolei japońskie). Tymczasem nie mam się z czego uczyć, bo obecna firma nie stworzyła żadnego konkretnego manuala, o szkoleniu dowiedziałam się w ostatniej chwili przy okazji otrzymania biletu lotniczego, a tak w ogóle żyję już wolnym miesiącem W podobnej sytuacji są moje cztery znajome, które śmigają razem ze mną.

Nasz dwudniowy trening odbył się w centrum szkoleniowym Saudi Arabian Airlines (Saudia) w Dżedda. Bardzo stary ośrodek w porównaniu z tymi wszystkimi, które do tej pory w moim życiu odwiedziłam. Wewnątrz przypominał raczej postkomunistyczny szpital, w którym brutalnie mi wyrywano w dzieciństwie zęby (pewnie tylko raz się to zdarzyło, ale trauma mi mówi, że odbywało się to notorycznie!). W każdym razie wnętrze nie zachęcało w żaden sposób do całodniowego posiedzenia. Modele samolotów, na których odbywała się część praktyczna, były tak stare, że co chwilę coś odpadało. Przy zamykaniu drzwi, gdzie trzeba normalne użyć konkretnej siły, roznosiłyśmy całe pomieszczenie. Może Arabii Saudyjskiej daleko do nowoczesnego wyposażenia takiego, jak oferują w Europie czy chociażby innych krajach Zatoki Perskiej, za to jeśli chodzi o podejście instruktorów, tutaj chylę czoła, niżej niż najpokorniejszy Japończyk!

Pierwszego dnia zaczęliśmy od krótkiego wykładu na temat niebezpiecznych ładunków przewożonych na pokładzie samolotu, czy to w cargo czy w kabinie pasażerskiej. Po czym podeszłyśmy do pierwszego egzaminu. Wszystkie razem głośno rzucałyśmy odpowiedziami, a jeśli były jakieś wątpliwości, nasza wspaniałomyślna instruktorka oferowała pomoc. Swoją drogą, niesamowita kobieta! Pochodzi z Turcji, latała dwanaście lat dla Saudii w Nowym Jorku. Bardzo skromna z ogromną wiedzą. Szacun. Podczas drugiej sesji dołączyłyśmy do większej grupy, gdzie wymieszana była załoga z pilotami. Głównie obserwowałyśmy. Z racji, że nasza linia działa na kompletnie innych zasadach, niż linie komercyjne, a nasze samoloty mają specjalne wyposażenie i układ wewnętrzny, nie za bardzo mogłyśmy się zatem sugerować wiedzą demonstrowaną przez naszych kolegów. Podstawy są oczywiście wszędzie te same – zasady zachowania bezpieczeństwa, procedury postępowania w sytuacjach zagrożenia, czy użycie sprzętu ewakuacyjnego. Muszę przyznać, że atmosfera w klasie totalnie mnie zafascynowała. Każdy wydawał się być bardzo przyjazny i zabawny. Fakt, że mogła na to wpłynąć nasza obecność – blond włosy i brak zakrycia (poza abają). Ale to niczego nie zmienia. Byłyśmy bardzo serdecznie przyjęte. Kolejne instruktorki okazały się równie profesjonalne i wyluzowane. Nie wiem czemu, ale podświadomie czekałam na pojawienie się jakiejś „siekiery”, która zburzy ten mój wyidealizowany świat i tym samym wrócę na ziemię... Nigdy do tego nie doszło   Podczas tych dwóch dni każdy poruszany przedmiot był dla mnie tą samą dawką wiedzy, którą odświeżam od prawie ośmiu lat, ale w końcu została ona przekazana w totalnie inny sposób. Padłam już kompletnie na kolana, kiedy instruktorka od CRM (Zarządzanie Zasobami Załogi) zaczęła dotykać czułych punktów empatii, wzajemnego zrozumienia i ducha współpracy, w odróżnieniu od wbijanych formułek i definicji z manuala, jak to bywało wcześniej. Szacun.

Tak na marginesie, obserwując załogę z Saudii, doszłam do wniosku, że musi to być całkiem dobra firma. Pomimo faktu, że dziewczyny dzielą pokoje (!), a seniorem może być tylko mężczyzna (!!), wszyscy wyglądają na dość szczęśliwych i wyluzowanych! Nawet otwarcie flirtują ze sobą i mówią o hedonistycznym życiu na wyjazdach Z tego co również zauważyłam, zatrudniani są głównie mieszkańcy Indii, krajów Północnej Afryki i Filipin, choć podobno można spotkać wiele dziewczyn z Półwyspu Bałkańskiego.

Drugiego dnia po kilkugodzinnej sesji przy komputerach, musiałyśmy zaliczyć część praktyczną – otwieranie drzwi w normalnych warunkach i podczas ewakuacji, przygotowanie kabiny przed lądowaniem awaryjnym, zwalczanie pożaru na pokładzie, reanimacja (zapisuję się na kurs pierwszej pomocy w tym miesiącu, bo mi dzisiaj naprawdę namieszali!). Miała też być jazda ze zjeżdżalni, ale instruktorce było żal naszych abaji  
Ostatni egzamin. 
Wszystkie zaliczyły. 
Licencja na kolejny rok odnowiona  

 


W materiale szkoleniowym nie ma w ogóle kobiet...

Słonko zakuwające

                                                                                       

                     

Czuję, że to był mój pierwszy i ostatni raz w tym miejscu. Zatem cieszę się, że przyszło mi odbyć to szkolenie w tak odmiennych warunkach oraz doświadczyć po raz kolejny saudyjskiej otwartości i uprzejmości. Poza tym sama metoda szkolenia, w moim przekonaniu, jest odpowiednia. Kiedy nie ma presji, człowiek potrafi więcej zrozumieć i zapamiętać. W tym przypadku nie byłyśmy na siłę karmione wiedzą, ale została ona nam podana na tacy. Ktokolwiek jest wystarczająco inteligentny zabierze ze sobą to, co potrzebuje



Pakuję walizki, bo jutro Dżedda – Genewa.
Saudi Arabian Airlines = zero alko, buuuu!


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...