20 maja 2015

Big Trip, czyli Wielka Podróż


Wstydź się Aga !
Przepadłaś jak kamień w wodę !!

PRZEPRASZAM

Błagałam godzinami na kolanach, żeby dostać się na 777, na tripa do USA i zniknęłam na kilka tygodni!! Właściwie to zależało mi początkowo na Londynie, od którego nasz VIP zaczynał podróż. Kilka bankowych i podatkowych spraw do załatwienia, a przede wszystkim cenny czas spędzony z przyjaciółmi! To były cztery dni wypełnione bezgraniczną miłością, spontanem, niespodziankami, drinami, śmiechem, lojalnością. Miałam okazję połączyć moją przeszłość z teraźniejszością, starych przyjaciół z nowymi Nawet mój mężczyzna pofatygował się do stolicy na kilka dni, spróbowałby nie! W tym samym czasie Londyn odwiedzał też mój znajomy z francuskiej wyspy Reunion, u którego byłam kilka lat temu podczas jednej z naszych babskich wypraw, inny z moich (wiecznie młodych!) znajomych oświadczył, że został dziadkiem, dobrze też było odwiedzić stare kąty w Harrodsie i wypić tradycyjną herbatkę z byłymi szefami oraz integrować się na polskim pikniku Od wylądowania w Anglii do jej opuszczenia, ciągle coś się działo. Dostałam niesamowitej energii, której tak bardzo potrzebowałam po pokręconych tygodniach w Saudi.


Na pikniku


Afternoon Tea w Harrodsie


Potem był Nowy Jork...
Pierwszego dnia dopadła mnie mega deprecha, bo zrozumiałam jak wiele tracę opuszczając moich przyjaciół. Jak wiele mnie omija, kiedy nie jesteśmy razem. Pobyt w Londynie był tą chwilą, która chciałabym, żeby trwała wiecznie. Dlatego właśnie mojej podróży do USA towarzyszyło paskudne uczucie, podobne do tego, kiedy budzimy się z zarąbistego snu i wracamy do rzeczywistości. Kolejnego dnia, żeby zwalczyć jet lag i tęsknotę, poszłam biegać do Central Park. Zawsze chciałam to zrobić, a po londyńskim drinkowaniu jeszcze bardziej potrzeba mi było ruchu. Myślałam, że konkretny wysiłek pomoże, niestety było tylko gorzej. Moja aplikacja do biegania, zwykle pokazuje, że jestem w czołówce wśród biegaczy na wybranej trasie – tak, jak się biega po wioskach i zapupiach, a nie w Central Park, który jest częścią trasy corocznego maratonu!! Zatem w ogólnej klasyfikacji byłam jakoś grubo po 400... ?! Poszłam zainwestować w nowy aparat!


Jogging w Central Park


Widok z hotelowego okna


Manhattan


Pięć godzin z Nowego Jorku do Los Angeles...
Kocham Kalifornię Mam tam znajomą z japońskich linii, która teraz też lata w prywatnych. To drugi raz w tym roku, jak miałyśmy okazję spędzić czas razem. Zaszalałyśmy równo! (Nadia, mega kusiol! ). Zawsze się cieszę, jak na layoverach mogę spędzić czas z przyjaciółmi. Ekipa w pracy, to niestety osoby przypadkowo dobrane, z którymi jesteśmy zmuszeni współpracować i spędzać czas razem tak długo, jak praca tego wymaga. Czas wolny na tripach to już całkiem inna historia. Częste spotkania ze znajomymi na różnych kontynentach, uzmysławiają mi, że istnieje coś głębszego i zdecydowanie mocniejszego, co przezwycięża fizycznie przyjęte granice i czasem olbrzymie odległości. Poza tym nic się nie równa rozmowie z przyjacielem przy lampce wina, gdziekolwiek w świecie człowiek by się nie znajdował! Później była podróż samochodem wzdłuż kalifornijskiego wybrzeża na samo południe, aż do San Diego. Miasto, w którym znajduje się wiele siedzib wojskowych, wliczając bazę lotnictwa marynarki wojennej na półwyspie Coronado. I tu obrazek jak z filmu. Do tych, co oglądali Top Gun – mała miejscowość z barami, wypełnionymi wysportowanymi, młodymi mężczyznami, podrywającymi śliczne dziewczyny, w promieniach zachodzącego słońca i my wolno kulający się przez miasto kabrioletem, z zapodawaną właśnie przez lokalną stację radiową, piosenką przewodnią z Top Gun Uwielbiam takie nieplanowane, surrealistyczne momenty!

Kalifornijska droga stanowa numer 1 powala mnie z nóg z każdym razem. Zdjęcia, które pstrykam na tej trasie, przypominają mi obrazki z filmów, z dzieciństwa, kiedy to właśnie miłość do Kalifornii się zrodziła. Zawsze mnie coś ciągnęło w tą stronę świata. Panuje tu pewnego rodzaju porządek, spokój i jednocześnie wolność, energia i odrębność. Może dlatego właśnie na tym tripie zdecydowałam się zakolczykować mój język Mała pamiątka z miejsca, które wzbudza we mnie wyjątkowe emocje. Wewnętrzny spokój + Adrenalina (?!). Jednego dnia wybrałam się sama do centrum Los Angeles, które faktycznie po dłuższym zwiedzaniu totalnie mnie odrzuciło (opinie znajomych chciałam potwierdzić na własnej skórze!). Lokalny autobus wywiózł mnie na jakieś peryferia... nie no, on jechał swoją trasą, ja wysiadłam na jakimś zapupiu podmiejskim – bezdomni, zapach marihuany i wozy policyjne. Obrazek jak z niejednej sensacyjnej, amerykańskiej produkcji. Swoją drogą, liczba bezdomnych w Kalifornii przekracza moje wyobrażenie! Odwykłam od tego widoku. Kilka kartonów na Śląsku to nic w porównaniu do tych slamsów amerykańskich! Najwyraźniej jednym amerykański sen się spełnił, inni nie mieli wystarczająco siły, żeby walczyć! Przemknęłam przez Miasto Aniołów w zwolnionym tempie, bo byłam obładowana zakupami z Nowego Jorku (aparat, dyski, obiektywy – szalona Czeszka wolała wysłać wszystko na adres swojego eks, żeby nie płacić podatku). Mimo, iż w mieście nie czułam się komfortowo, starałam się chłonąć jego atmosferę najbardziej jak to możliwe. Licznie zachowane budynki w stylu art deco, opuszczone kina z olbrzymimi neonami i małą budką z biletami, tak barwnie przedstawiane w filmach przedwojennych, a potem tych z lat 50-tych i 60-tych, są głównym tematem moich zdjęć. Będąc tutaj człowiek zdaje sobie sprawę, że lata świetności już dawno minęły. Nie wiem, czemu jednocześnie odczuwałam smutek. Kolejnego dnia załapaliśmy się na mecz koszykówki. Nasi wspaniali mechanicy dostali darmowe bilety od FBO (operator prywatnego lotniska, na którym wylądowaliśmy). Zatem po raz kolejny w przeciągu ostatnich dni, udało mi się odczuć na własnej skórze coś, co śledziłam w dzieciństwie. Szkoda tylko, że nie grali Lakersi!

 

Zachód słońca w La Jolla


Clippsersi przeciwko Spursom


Centrum Los Angeles

Santa Monica



Za 40 minut będziemy w Vegas!
Wyszliśmy na kolację i w momencie jak opuściłam hotel, doszło do mnie, że słynne Miasto Grzechu, to jest jedna wielka pomyłka. Tym razem nie umiałam się wkręcić w klimat. Odnosiłam wrażenie, jakby ludzie na siłę zmuszali się do zabawy. Przyjeżdżają do Vegas z wielkimi oczekiwaniami, gdzie zastają hotele przepełnione nudnymi kasynami, sztucznie potworzone w zamknięciu europejskie miasta, zdzieraczy pieniędzy na każdym kroku, mylnie pojmowane szczęście, powierzchowność i nietrzeźwy tłum turystów. Jeśli o czymś się mówi, że robi się tylko raz w życiu, to właśnie wypad do Vegas dokładnie odzwierciedla to przesłanie. Przed nami tydzień mordęgi (nie patrzcie tak na mnie spod byka, bo przyznalibyście mi rację po kilku dniach ). Aby nie siedzieć w pokoju i od czasu do czasu odpocząć od prażącego słońca przy hotelowym basenie, zrobiliśmy skydiving, pojechaliśmy na wschód słońca do pobliskiego kanionu, odwiedziliśmy kulisy po, zawsze zresztą emocjonującym, przedstawieniu Cirque du Soleil (dzięki Czeszce za jej znajomości na Tinder!), odwiedziliśmy Dolinę Śmierci i naczytaliśmy się o strefie 51, tajnej bazie CIA. Znowu powrót do przeszłości i świata marzeń – pamiętam Dolinę Śmierci z bajki Król Lew (buahahahahahaha!) Tak mi ta nazwa wpłynęła na psychikę, że postanowiłam tam kiedyś zawitać i przekonać się, czy faktycznie dolina pokryta jest niezliczona ilością zwierzęcych kości (ale bajki potrafią wkręcić jazdy!). W Vegas w końcu popracowałam nad swoją opalenizną. Śmieję, się, że im bledszy mam kolor skóry, tym mniej się dzieje w moim życiu. Zatem biorąc pod uwagę ten trip, powinnam być właściwie czarna! Mój pigment najwyraźniej zaczął na starość protestować.


Wschód słońca w Red Rock Canyon


Najniższy punkt USA - Dolina Śmierci


Gdzieś na trasie stanowej



Powrót do LA na kolejny tydzień, był jak spełnieniem marzeń.
Wiem, zanudzam, ale ciężko jest mi ukryć podekscytowanie Kalifornią! Zaraz następnego dnia miałam się spotkać ze znajomą z Dubaju i jej mężem. Pracowałyśmy razem przez kilka miesięcy na Bliskim Wschodzie, po czym rzuciła pracę i wyjechała do USA. Po ponad roku zjednoczyłyśmy się pod kalifornijskim słońcem, a odnosiłam wrażenie, że żegnałyśmy się tydzień temu. Spędziliśmy dzień na wyspie Catalina, oddalonej od wybrzeża o jakieś 30km. Dla nich nasze spotkanie było ucztą intelektualną (podobno Amerykanie do bystrych nie należą), w moim przypadku wróciła wiara w ludzi (kilka tygodni z dziewczynami-księżniczkami robi dziury w mózgu). Przez kolejne dni odwiedziłam Palm Springs – miejscówka dla szalejących emerytów, Park Narodowy Joshua Tree – z ciekawym okazem jukki krótkolistnej (drzewo Jozuego), Santa Barbara – gdzie zjadłam nieziemskie sushi, winiarnie i Solvang – podczas jego googlowania, wyłączyłam laptopa, bo myślałam, że wyszukiwarka automatycznie odsyła mnie do miasta w Danii. Solvang w USA to mała Kopenhaga! Niesamowita odmiana.


Wyspa Catalina


Palm Springs


Park Narodowy Joshua Tree


Solvang - amerykańska Kopenhaga


Od 10 kwietnia byłam na zarąbistym tripie, w miejscach, gdzie udało mi się odwiedzić moich przyjaciół, zwiedzić nowe miejsca, doświadczyć wielu emocji i poznać ciekawych ludzi. „Gdybym na koniec tego tripa poleciała do Berlina, mogłabym odwiedzić moją Wariatkę W Różowym Sweterku. To byłaby taka wisienka na szczycie tortu! Ale gdzie tam, to się nigdy nie stanie” - wspomniałam w rozmowie ze znajomą na locie, gdzieś pomiędzy Kalifornią i Nevadą

Ping... mail... powiadomienie o kolejnym locie... LAX - TXL...

Berlin??????????????????????????????????????????????????????????????????????????

N-I-E         W-I-E-R-Z-E      !!!

Wariatko, przybywam!

Kolejne trzy dni szaleństwa i nadrabiania straconego czasu! Minął ponad rok od naszego ostatniego spotkania. Tej dziewczyny mogłabym nigdy nie wypuszczać z uścisku! ❤️ A żeby tego było mało, jednego wieczoru poszliśmy do knajpy, której grecki barman znał doskonale moją bliską znajomą z japońskich linii! Świat zatracił dla mnie jakiekolwiek granice, a życie jakiekolwiek reguły (tzn. ciągle mam swoje osobiste! ). Chodzi mi o to, że... no kumacie!


Wolne miałam zacząć na początku maja. Wiedziałam, że będę musiała przedłużyć rotację, bo firmie nie opłacałoby się wysyłać mnie komercyjnymi liniami do Europy i jednocześnie szukać zastępstwa dla mnie. Poproszono mnie o pozostanie, aż do momentu powrotu na Stary Kontynent, po czym błagano mnie o pozostanie na lot do Nicei. Przedłużyłam pracę praktycznie o dziesięć dni, co automatycznie pokomplikowało moje zamierzenia pielgrzymki do Santiago de Compostela i wesele znajomego. Świadomie jednak byłam w stanie zrezygnować z osobistych planów za to wszystko, co otrzymałam podczas ostatnich tygodni! Jednego dnia obudziłam się z kacem moralnym, bo czułam, że nie zasługuję na to życie...


Dziękuję! ❤️


2 komentarze:

  1. a ta wariatka w dzień otrzymania od Ciebie wiadomości o Berlinie siedziała w samolocie "przypadkiem" obok znajomego i wspominała ze "ona" lata po całym świecie a kurna na przystanek Berlin się nie zapowiada wiec trzeba będzie jakieś wakacje wspólne organizować by Cie wyściskać :* big kusiolllll kochana—tęsknie!!!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Ktos by pomyślał, że to jakaś sciema!!! :D :D :D :D
      A życie jest po prostu niesamowite!
      Wakacje i tak trzeba zorganizowac Kochana!!!!!!!

      Buziole <3 <3 <3 <3

      Usuń

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...