19 lipca 2015

DURACELL'ka


Kocioł, kocioł, kocioł taki, że nawet nie miałam czasu na porządny prysznic, zrobienie paznokci, pogadanie z rodziną, a już nie wspomnę o konkretnym wyspaniu się. Moje życie osobiste doświadczyło śmierci klinicznej! W zeszłym tygodniu zrobiłyśmy łącznie dziewięć lotów w trzy dni. Z racji, że był jeszcze wtedy Ramadan, każdy z tripów odbywał się wieczorem po Iftar, a to znaczy tyle, że w nocy praca na pokładzie, a w ciągu dnia przy laptopie. Przygotowanie i dokumentacja lotu zajmują wieki.

W momencie, kiedy dostaję wiadomość odnośnie lotu, zaczynam przygotowywać catering. Mamy standardowy formularz, który odpowiednio należy dopasować do profilu VIP (jeśli któraś z nas miała danego pasażera na pokładzie, zapisuje wszystko na jego temat i tak łatwiej jest przygotować następny jego lot), liczby gości (dla trzech osób zamawia się oczywiście mniej jedzenia, niż dla trzydziestu), godziny odlotu (pod uwagę trzeba wziąć porę dnia i odpowiedni posiłek – śniadanie, lunch lub obiad) i długość lotu (poniżej dwóch godzin, serwujemy tylko przekąski, na dłuższych lotach pełen posiłek z przystawkami, daniem głównym i deserem). Po zatwierdzeniu maila przez firmę cateringową, muszę wysłać kolejnego z danymi do mojej załogi – lista z zamówionym jedzeniem, profil pasażera, pozycje dziewczyn i oczekiwania na locie. Dziewczyny myślą, że na tym się kończy praca Głównej przed lotem, a tak naprawdę tutaj zaczyna się ważna rozgrywka. Bez przerwy przychodzą maile z firmy o ewentualnych zmianach, czy z zespołu cateringowego z propozycjami zamiany, kiedy jakiś produkt jest dla nich niedostępny. W okresie Ramadanu było nie tylko ciężko z racji na to, że arabska część firmy zaczynała pracę w nocy po kolacji, wtedy kiedy my kładliśmy się spać, ale też w ciągu dnia wszystkie sklepy były pozamykane, więc część produktów z cateringu nie mogło być dostarczonych (jak na przykład pączki z Krispy Kreme, uwielbiane przez wielu klientów) , wtedy trzeba szukać zastępczaka. Później praca na samym locie, zajmowanie się pasażerami i pilotami, no i sprzątanie samolotu na sam koniec. Dojazd do hotelu o 4:00-5:00 rano. Dziewczyny idą spać, a Główna siada do pracy – napisanie raportu z lotu, zaktualizowanie profilu VIPów i przygotowywanie cateringu na kolejny lot, na którego zbiórka tak w ogóle ma być za kilka godzin. W międzyczasie tysiące telefonów, wiadomości i maili. Zabawa zaczyna się na nowo. Tak wyglądało moje życie w zeszłym tygodniu.

Na jeden lot zamówiłam jedzenie dla piętnastu pasażerów, tak jak poinformowano mnie w mailu. Ostatecznie pojawiło się trzydziestu i mimo, iż liczyłyśmy na to, że będą po kolacji iftarowej, wszyscy chcieli jeść. Zatem godzinny lot, z wygłodniałymi pasażerami i połową jedzenia! Hehe! Dałyśmy radę, a ja potem ledwo żywa męczyłam kolejne zamówienie!

Następnego dnia miałam dwie małe księżniczki, które biegały za mną przez cały lot i kazały śpiewać. Na koniec zaciągnęły do sypialni i dały wykład na temat głupoty robienia piercingu na języku (zauważyły małe dranie mój przeźroczysty kolczyk).

Inny lot wyznaczony został na godzinę czwartą rano. Pasażerowie pojawili się dziesięć minut przed wschodem słońca. Zdarzyłyśmy wtedy tylko podać dwie kawy. Takich lotów mogłoby być więcej!

Ostatni, był moim pierwszym międzynarodowym, do Paryża. Przed lotem spałam chyba łącznie z cztery godziny, bo co chwilę dostawałam jakieś powiadomienia – opóźnienie lotu, zmiana godziny zbiórki, prośba o zamówienie dodatkowych potraw, zapytania odnośnie aranżacji kwiatów, itd. Odlot miał być o 17:00, zatem ciągle przed zachodem słońca. Nikt w firmie nie mógł mi udzielić informacji, jak wygląda sprawa z poszczeniem u oczekiwanych gości, zatem na wszelki wypadek pochowałam jakiekolwiek jedzenie i napoje z kabiny – z reguły wystawiamy słodycze, owoce i wodę na powitanie. Sześć godzin lotu, dwudziestu pięciu gości, w tym pięcioro dzieci. Główny VIP kazał nam czekać z obiadem do zachodu słońca, a że lecieliśmy na zachód, podążaliśmy razem ze słońcem. Godziny postu zaczęły się wydłużać, więc pasażerowie powoli zaczęli rezygnować. Ostatecznie każdy z nich wymagał oddzielnego serwisu. Nie usiadłyśmy przez cały lot, a żeby tego było mało...

  • nie mogliśmy obniżyć temperatury w sypialni, bo siadł system, więc zawinęłam butelki z zimną woda w ręczniki, żeby trochę ochłodzić śpiące dziecko,
  • nie można było regulować świateł na pokładzie, siadł inny system, więc powciskałam koce w panele, żeby ściemnić sypialnię,
  • nie odbierała nam satelita, więc VIP nie mógł oglądać swojego ulubionego kanału,
  • nie działy nam głośniki w kabinie i system audio przez słuchawki, więc dzieciaki nie mogły oglądać bajek, dobrze, że kilka dni wcześniej kupiłam kolorowanki i gry planszowe (tak na wszelki wypadek), więc miały się czym zająć.

Stawałam na rzęsach, żeby dogodzić rodzince, a mimo wszystko w pewnych sytuacjach brakowało mi już pomysłów. Ten lot przypomniał mi historię mojego znajomego, pracującego też w prywatnych liniach. Na jego pierwszym locie w roli Głównego, pojawiły się problemy z klimatyzacją i w kabinie padał im deszcz Zażartował wówczas do księżniczki, że idzie poszukać parasolki. Nikt z nas nie jest w stanie przewidzieć, co się może stać na locie. Wkładamy dużo sił i starań w przygotowanie samolotu, a jednak zawsze coś nas może zaskoczyć. Najważniejsze, to mieć głowę na karku, dobrą wyobraźnię i empatię, bo to pomaga w znalezieniu rozwiązania. Ja dodatkowo mam teraz fantastyczną załogę, na którą wiem, że mogę liczyć. Zarówno dziewczyny, jak i piloci wspierają mnie w nowej roli.

Po locie, jeden z pilotów przyznał z wielką powagą na twarzy, że jestem najlepszą Główną, jaką on do tej pory widział w tej firmie. Hmmm... miło Ale nie jestem jeszcze oficjalnie Główną, bo mam swoje warunki, które niebawem będę musiała przedstawić. W najgorszym wypadku wróce do swojego komfortowego życia. Choć nie ukrywam, że podoba mi się nowe wyzwanie, chciałabym tylko mieć trwalsze Duracell !!!!!

Osiem lat temu, pierwszy raz nieśmiało kupiłam tutaj perfum, dziś robię zakupy dla rodziny królewskiej


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...