28 września 2015

Szopoholizm w Arabowie


Kiedy przychodzi mi spędzać cenny czas w Arabii Saudyjskiej, mam tylko dwa argumenty, które pozwalają mi przetrwać. Po pierwsze, pobyt na pustyni traktuję jako czas wyłącznie dla siebie i na nadrobienie zaległości z każdej dziedziny mojego życia od snu począwszy na nauce nowego języka (się staram!) skończywszy. Po drugie, to najłatwiejszy sposób na zaoszczędzenie pieniędzy Tak naprawdę tutaj nie mam ich na co wydawać. Dobra, jak ktoś chce, to zawsze znajdzie okazję. Dla mnie Arabia Saudyjska to najbardziej odpychający kraj, jeśli chodzi o robienie zakupów.

Centra handlowe to dla mnie ostateczność po ostatniej ostateczności. Im większa powierzchnia, tym bardziej mnie przeraża wnętrze budynku. Jeśli z jednego sklepu do drugiego przejście zajmuje dwadzieścia minut, bo to tor z przeszkodami – od pętających się dzieciaków po wózki z zakupami, wolę się wyleczyć z żądzy posiadania danego produktu.

Dziewczyny często narzekają, że nie mają co robić w hotelu i czerpią mega radochę z dziennych wypadów do takiego mall'a (centrum handlowe z amerykańskiego) Nie twierdzę, że nigdy stopy tam nie stawiam. Czasem i mnie przycisną te cztery ściany tak konkretnie, że zaczynam mówić sama do siebie, albo potrzeba mi odmiany od hotelowego jedzenia czy skończyła się pasta do zębów, w najlepszym przypadku muszę zrobić samolotowe zakupy. Wtedy zaciskam zęby i jazda!

Taki wypad do mall'a może też mieć czasem pozytywne strony. W tym kraju tyle się dzieje, że za każdym razem mam wrażenie, jakbym odkrywała coś nowego ...

  • w europejskiej Ikei, szafy na wystawie wypchane są różnorodną garderobą w zależności od sezonu, tutaj to tylko rząd białych (thobe) albo czarnych (abaya) sukienek. Oczywiście ma to sens, biorąc pod uwagę tradycyjny ubiór Saudyjczyków. Sam widok, mimo wszystko, wywołuje banana na gębie   

  • uwielbiam jak ceny są podane tylko w cyfrach arabskich, a pracownik, proszony o pomoc udaje strusia i ciśnie głowę między regały. Tak, też się ich uczę, to znaczy nauczę, no kiedyś, może...

  • wyprawa na zakupy musi być oczywiście zaplanowana pomiędzy godzinami modlitwy, bo nie ma nic gorszego, niż wielogodzinne wypełnianie koszyka, po czym czekanie na otwarcie kas, dopiero jak wszyscy wrócą z modlitwy (to zwykle solidne pół godziny)


Mnie się udało zapłacić przed modlitwą, kumpela utknęła

 

  • wspomniałam, że Arabia to dobre miejsce na oszczędzanie pieniędzy. W sklepach z odzieżą damską zwykle pracuje męski personel i nie ma przymierzalni. Trzeba zatem za wszystko zapłacić i przymierzyć w domu. Potem ewentualnie pofatygować się ponownie do sklepu, żeby zwrócić co nie pasuje. Mnie bynajmniej się nie chce Zdarzyło się kilka razy, że miły kasjer pozwolił nam przymierzyć ubrania w toalecie, ale na takiego nie często się trafia. W toalecie, jakby nie było, kolejna przeszkoda – ściąganie wszystkich warstw z siebie. Ciągle mi się nie chce  

  • cenię bardzo tych poczciwych pracowników, pakujących towar do siatek, a jak widzą, że jestem sama, to chcą mi wszystko nieść (mimo, iż niejeden ma mniejsze mięśnie ode mnie) do... auta, a ja i tak zawsze z buta, więc z uśmiechem wyciągam im torby z ręki

  • potrafię zrozumieć zasady, jeśli przychodzi do zakrywania kobiecego ciała w publicznych miejscach. Sama z chęcią noszę abayę w tym ociekającym testosteronem kraju. Europejskie czasopisma też mogą czasem przekroczyć granicę przyzwoitości (w arabskim pojęciu), więc władze jakoś sobie z tym radzą...




… ale nie rozumiem komu robi krzywdę piękna twarz?








Centra handlowe to, z oczywistych przyczyn – klimatycznych, najprzyjemniejsze miejsce do spędzenia wolnego czasu, dlatego też właśnie w nich organizowane są wszystkie atrakcje, przyciągające całą społeczność lokalną. W piątki, jako, że to odpowiednik naszej niedzieli, wszyscy zmierzają w tym samy kierunku – MALL. Zabawnie jest czasem posiedzieć nos w nos z dzieciakiem, który nie potrafi od nas oderwać oczu, czy obserwować męski personel, w zwolnionym tempie wbijający się w stertę puszek na wystawie, bo się zapatrzył na nas, albo znaleźć w torebce kartkę z numerem telefonu – to taki trik młodych chłopców, którzy niestety nie mogą otwarcie flirtować w tym kraju. Choć czasem bywa męczące noszenie wszystkich tych spojrzeń na sobie.

Może dlatego ponad wszystko wolę dobrą książkę w swoim pokoju



19 września 2015

Jak to jest z tym cateringiem?


Zamawianie cateringu jest jednym z obowiązków Głównej w naszej firmie. Nie jest to jednak standardowa praktyka, bowiem są linie, które mają specjalny od tego departament. Szukałam kiedyś dobrej firmy cateringowej w Mediolanie. Napisałam do kilku znajomych z prywatnych linii w Europie o sugestie, każdy z nich odpisał, że nie ma pojęcia, bowiem oni cateringiem nie zajmują się. Szczęściarze?

Catering jest oczywiście jednym z najważniejszych aspektów lotu. Zaraz po otrzymaniu maila z detalami kolejnego tripa, Główna zabiera się za jego przygotowanie. Pod uwagę trzeba wtedy wziąć:

  • Miejsce wylotu
    Do dyspozycji mamy dość wiele firm w każdym mieście, ale dobrze jest korzystać z tych sprawdzonych. Są takie, które zapewniają znakomite potrawy i wysokiej jakości produkty, są niestety i takie, które nie mają zielonego pojęcia, o co prosimy w zamówieniu. Dlatego zawsze staramy się wymieniać opiniami między sobą (Głównymi).
 
W Szwajcarii, pewnego razu, zamówiłam ciasto Pavlova, które było tak nieziemsko pyszne, że wyrwało nas wszystkich (łącznie z pasażerami) z butów. Ani okruszek nie został po locie. Niestety były i takie sytuacje, że musiałam odesłać zamówione potrawy, bo zostały całkowicie zniszczone podczas transportu albo nie pozostało nam nic innego jak improwizacja, bo to co otrzymałyśmy było dalekie od pożądanego. Dołączenie zdjęcia potrawy do zamówienia jest dobrym rozwiązaniem, co stwierdziłam po ostatnim locie. Zamiast szaszłyków z cukinią i grillowanym serem halloumi, otrzymaliśmy ser nabity na wykałaczkę i małe panierowane kulki ziemniaczane Bywa, że produkty można odesłać, czasem jednak mamy nóż na gardle i jakakolwiek forma jedzenia jest mile widziana. To wtedy jest pole do popisu dla wspomnianej improwizacji


  • Godzina wylotu
    Ma to oczywiście duży wpływ na typ serwisu przeprowadzanego na locie. Jeśli startujemy wcześnie rano, podawane będzie śniadanie. W porach popołudniowych lunch, wieczorem obiad.
 
Miałam ciekawy lot do Paryża ostatniego dnia Ramadanu. Godzinę odlotu ustalono na 17:00, a że było to ciągle przed zachodem słońca, trwał jeszcze post. Pasażerowie mieli go przerwać w pewnym momencie podczas lotu, dlatego starałam się zamówić wszystko to, co w tej sytuacji tradycja nakazuje spożywać.


  • Długość lotu
    Też jest bardzo ważnym elementem. Na krótkich lotach krajowych w Arabii Saudyjskiej, czy między miastami europejskimi z reguły jest czas tylko na podanie gorącego napoju z małą przekąską. Na lotach do sześciu godzin, to będzie pełny jeden serwis z przystawką, daniem głównym i deserem. Lot do US albo Azji, to nie tylko lunch czy obiad, ale i z reguły jeszcze śniadanie czy przekąski, w kolejności zależnej od godziny odlotu. 

Loty do Ameryki na A320, stanowią duże wyzwanie. Na trasie trzeba się przynajmniej raz zatrzymać, żeby zatankować. Maksymalny czas dla tego samolotu w powietrzu, to około dziewięciu godzin. Jeśli przystanek wyznaczony jest na jakieś lotnisko już w Stanach, wtedy według lokalnych reguł celnych, trzeba pozbyć się całego jedzenia z pokładu i zamówić nowy catering. No dokładnie, niekończąca się praca


  • Profil VIP
    To praktycznie najważniejszy element, od którego wszystko się zaczyna. Budując zamówienie należy wziąć pod uwagę profil głównego pasażera – jego kulinarne upodobania, alergie i inne problemy zdrowotne, potrawy nietolerowane. Mamy bazę danych osób, z którymi zazwyczaj latamy i na bieżąco tworzymy nowe profile, aby ułatwić sobie wzajemnie pracę. 

Członków rodziny królewskiej znamy na wylot, zatem przygotowanie takiego lotu jest banalne. Schody się zaczynają w momencie, kiedy dostajemy tak zwanego czartera (dany klient wynajmuje nasz samolot) i nie mamy żadnych danych o gościach. Kilka razy udało mi się dotrzeć do osobistych asystentów różnych CEO firm, z którymi przypadło nam latać. Im więcej informacji uzyskamy na samym początku, tym łatwiej jest zapewnić znakomity serwis, dostosowany do osobistych potrzeb.


  • Liczba gości 
    Rzecz jasna catering zamówiony dla trzech osób nie może się równać temu na trzydzieści. Jeszcze lepiej jak wiemy, jakie jest rozmieszczenie klientów po kabinach. Potrawy dla członków rodziny królewskiej i szejków będą zdecydowanie inne, niż dla ich służby. 
     
Wiele razy zdarzyło mi się, że oficjalna liczba gości podana w mailu była dużo mniejsza, niż ostateczna ludzi na pokładzie. Największe wyzwanie chyba do tej pory miałam na Boeingu, na 40-minutowym locie między stanami, kiedy przypadła mi pozycja pracy w kabinie dla służby, jeszcze jako regularna załoga. Oczekiwałam tylko czterech gości, dla których miałam zamówione, rzecz jasna, cztery szałarmy. Ostatecznie naliczyłam 22 osoby. Nie dość, że zasuwałam jak struś pędziwiatr między galley i kabiną, to jeszcze wciskałam im wszystko od chipsów i orzeszków, po cokolwiek zostało z jedzenia w kabinie VIP. Do dzisiaj jak wspominamy ten lot, zataczamy się ze śmiechu na ziemi. Wspomnienia znajdziecie tutaj


Istnieje oczywiście budżet, przeznaczony na każdy lot, który w miarę pomaga przy tworzeniu zamówienia. Nic jednak tak nie zawodzi jak dobra praktyka i zdrowy rozsądek. Nie znoszę wyrzucać jedzenia! Jeśli już trafi się lot, na którym goście nie mają ochoty jeść, wtedy cały zapas ląduje w torbach dla personelu naziemnego, który zajmuje się naszymi samolotami, albo sami sobie organizujemy ucztę.

Dobrze, że szalona Czeszka od samego początku mojej pracy w tej firmie, wykorzystywała mnie do pomocy przy zamówieniach, bo tym samym ogarnęłam się dość szybko, kiedy sama zaczęłam latać jako Główna. Dla tych, którzy dają z siebie minimum wysiłku, wszystkie firmy cateringowe mają swoje menu, na podstawie którego łatwo jest dokonać wyboru. Ja znowu traktuję catering jak świetną zabawę. Z jednej strony chcę zaoferować gościom zdrową żywność i jeśli możliwe, różnorodność wymyślnych potraw, z drugiej sama uczę się dla siebie i szukam nowych pomysłów. Kotleciki z komosy ryżowej i czarnych oliwek z sosem z pieczonej czerwonej papryki stały się kulinarnym hitem na moich lotach zaraz po Pavlovej

Zrobienie zamówienia na lot, to dla mnie przeważnie jedna do trzech godzin pracy. Później jeszcze tysiące telefonów z firmy cateringowej z prośbami o wyjaśnienie dania, czy potwierdzenie zamienników. Zatem niekończąca się praca. Innym wyzwaniem jest także to, że w niektórych miejscach firmy nie pracują 24 godziny na dobę. Kiedy lecieliśmy na Seszele, żeby następnego dnia zabrać klientów do Europy, musiałam robić zamówienie podczas lotu i jak najszybciej wysłać, bo po lądowaniu nikt by już zamówienia nie przyjął. I tak pamiętam, że zamówienie dotarło dość późno i pewnych produktów nie mogli nam dostarczyć na kolejny lot (który z resztą był za jakieś osiem godzin). Podczas Ramadanu dobra organizacja pracy też była na wagę złota. Większość lotów odbywała się po godzinie 22:00 wieczorem, kiedy to dopiero otwierane były wszelkie sklepy. Zatem jeśli w zamówieniu była prośba o pączki z ulubionego KK albo lody z dość powszechnie znanego HD, ich zdobycie graniczyło z cudem. 


 

Po każdym locie musimy sporządzić raport odnośnie jakości dostarczonego cateringu, uwagi gości i ogólnej oceny współpracy z firmą. Pozwala nam to na wybieranie tylko tych najlepszych, na co rzecz jasna, zasługują nasi klienci.


To co, praca w europejskich liniach jest dużo łatwiejsza?  


12 września 2015

Risotto z nudów i postanowienie poprawy


Myślałam, że wystarczająco się rozpieszczałam w życiu i dbałam o siebie, a jednak wydarzenia ostatnich tygodni dały mi dużo do myślenia. Wczoraj byłam na ostatnim spotkaniu u kręgarza, którego miałam okazję zobaczyć niestety tylko dwa razy. Nie wiem, czemu wcześniej opcja sprawdzenia kręgosłupa nie wpadła mi do głowy. Kilka skrzywionych kręgów w odcinku piersiowym wywierały nacisk na nerwy, które tym samym powodowały nieznośny ból, od kilku tygodni, w plecach i lewej ręce. Magiczne dłonie wspaniałego człowieka, z resztą z Nowej Zelandii ❤️, przyniosły mi trochę ulgi. To powinno wystarczyć, abym przetrwała nadchodzące kilka tygodni w pracy. Koniecznie wrócę do leczenia na kolejnym wolnym!

Czekam zatem na bilet z pracy. Nie wiem kiedy, gdzie i jak, ale jestem mentalnie i fizycznie gotowa. Pewnie z żalem będę niebawem wspominać leniwe dni, przeleżane na kanapie z książką w ręce, ale trzeba coś dać, żeby też coś zyskać. Za kilka miesięcy święta, które w tym roku koniecznie chcę spędzić z rodziną i najbliższymi, z ludźmi zabawnymi i inteligentnymi, w miejscu gdzie Boże Narodzenie ma mega znaczenie, a choinki można podziwiać na każdym kroku Jeśli więc mam się teraz rzucić w wir pracy na ponad 90 dni.... moja odpowiedź brzmi YES

Swoją drogą to siedzenie w domu na dobre mi wyszło, nie tylko psychicznie! Nawet mój mężczyzna jest pod wrażeniem moich nowych zdolności kulinarnych! Tutaj serio, aż się muszę zaśmiać! A zapewne razem ze mną wszyscy ci, którzy pamiętają mój makaron z cukrem albo kanapki z serem z mikrofalówki Byłam lewa do wszystkiego. Bo jaki jest sens w godzinnym przygotowywaniu czegoś, co zostaje spałaszowane w kilka minut? Najwyraźniej do wszystkiego trzeba dojrzeć Wczoraj zmontowałam takie risotto i daktylowe trufle, że jeszcze dziś jak jadłam pozostałości, to mi się uszy trzęsły! Pyyyyyyychoooooooootaaaaaaa!
























Nie, nie zamieniam się w blog kulinarny i nie mam takiego zamiaru, ale postanowiłam się bardziej rozpieszczać i być dla siebie lepsza, dlatego dzielę się przepisem z Wami Smacznego!


RISOTTO Z DYNI PIŻMOWEJ

750ml bulionu warzywnego
2 łyżki oliwy z oliwek
1 cebula, drobno posiekana
2 ząbki czosnku, drobno posiekane
2 gałązki rozmarynu, tylko liście drobno posiekane
1 mała dynia piżmowa, obrana, bez pestek i pokrojona w kostkę
200gr ryżu risotto
Sól i pieprz dla smaku


  • Gorący bulion trzymać w garnku na małym ogniu. Podgrzać oliwę na patelni, dodać cebulę, czosnek, rozmaryn i dynię. Smażyć przez 5 minut. Dodać ryż i wymieszać
  • Wlać pełną chochlę bulionu i gotować na małym ogniu, mieszać od czasu do czasu, aż bulion zostanie wchłonięty. Dodawać kolejne chochle bulionu, aż ryż i dynia zmiękną. Gotować około 18-20 minut. Przyprawić i można dodać startego parmezanu przed podaniem
  • Dla nie-wegetariańskiej opcji można dodać kawałki kurczaka albo krewetki i gotować je przed dodaniem ryżu






06 września 2015

Uziemiona w domu i... dobrze mi tak !


Pokryta wysypką od stop do głów z przeszywającym bólem w plecach i niesprawną lewą ręką – ktoś by pomyślał, że to cena za cztery fantastyczne tygodnie, spędzone z rodziną i bliskimi, a ja skrycie wierzę, że gdzieś za tym wszystkim kryje się jakaś przyczyna (cała ja!)

Ostatnią rotację skończyłam w Nicei, z której bezpośrednio poleciałam do Polski na wielką rodzinną imprezę. Później spontanicznie zawinęłam do Chorwacji, gdzie razem z moim mężczyzną pracowaliśmy nad wzajemnym zrozumieniem i odświeżaniem naszej relacji. Z dużym powodzeniem, tak na marginesie, mimo moich uwag, że dziwnie by było zerwać ze sobą (z ang. split up) w mieście Split Po ostatecznych romantycznych przechadzkach historycznymi uliczkami chorwackich miast i rowerowych wyczynach na niby płaskich i dobrych do jeżdżenia wyspach, wyskoczyłam ze znajomą do Amsterdamu na szybkie zwiedzanie i weekendowy festiwal Mysteryland. Jak bardzo kocham swoją rodzinę i cenię każdą chwilę z moimi przyjaciółmi, ten weekend pobił wszystko! Był totalną regeneracją mentalną, bo fizycznie zajechałam się równo (na bank straciliśmy kilka kilo od tego rejwowania!) Miałam też okazję wyciągnąć starą, zakurzoną przyjaźń gdzieś z katą i byłam mega pozytywnie zaskoczona, że ona tam jeszcze była! Nie tylko przyjęliście nas jak wyjątkowych gości, ale daliście poczucie przynależności do Waszego domu. Każdy z Was jest niesamowitym charakterem, który akceptuje, nie ocenia, respektuje, nie wymusza, zachęca i otwarcie się dzieli. Wiem, że słowo DZIĘKI padło już milion razy, ale to ciągle nie wystarczy Mam nadzieję, że ciąg dalszy nastąpi. Zarażajmy wszystkich tym pozytywnym uczuciem!!!!!

Choć przez kilka dni po powrocie myślałam, że będę zarażać, ale półpaścem. Ostry ból i diabelna wysypka. Zajęło mi kilka dni, żeby zrobić matematykę w głowie i dojść do wniosku, że plamy na ciele to od pogryzień robali w amsterdamskim hotelu, a ból od zapalenia nerwu, prawdopodobnie skutek przeziębienia od klimatyzacji w Chorwacji. Czy cofnęłabym czas? NIEEEEEEEEEEE NIGDYYYYYYYYYYYYYYYYYY (Wiem Kochana, że w Twoim przypadku, ta wysypka, to ostatnia rzecz, na którą miałaś ochotę, ale świadomość, że przechodzimy to razem i łączenie się w tym z Tobą, pomogło mi w samotnych chwilach ).
Dostałam tydzień więcej wolnego w pracy i duże wsparcie mentalne od menadżerki. Chyba nie za bardzo chce, żebym się spieszyła do pracy. Może i dobrze, bo jutro się okaże ile wolnego jeszcze potrzebuję.

Pozytywy tej sytuacji? Mimo, iż w myślach byłam już sto pięćdziesiąt razy dookoła świata, od tygodnia odpoczywam w domu To czas samorefleksji i ładowania baterii. Chyba musiało do tego dojść, żebym w końcu usiadła na pupie i nie ruszała się za daleko





Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...