Marrakesz w oka mgnieniu

stycznia 12, 2016


Znowu w swojej roli, co?” - śmieje się znajoma podczas naszej skype'owej sesji, bo tak naprawdę częściej odbieram maile z firmowego telefonu, niż z nią rozmawiam. Soooooooorryyyyyy!

Do Marrakeszu zostaliśmy wywołani w ostatniej chwili. Dobrze, że nie wieźliśmy żadnych pasażerów i mieliśmy wystarczająco dużo czasu, żeby przygotować samolot na lot powrotny do Arabii. Dziewczyny polerowały, ja walczyłam z cateringiem, żeby móc go wysłać zaraz po wylądowaniu i dać firmie wystarczająco dużo czasu na jego przygotowanie. Bez dostępu do Internetu nie było łatwo go stworzyć, tam jednak zawsze można znaleźć ciekawe pomysły, a ja lubię zaskoczyć naszych VIP-ów czymś nowym. Niestety o kuchni marokańskiej wiem tyle, co o fizyce kwantowej, kurka!

Po wylądowaniu przywitał nas przedstawiciel FBO (fixed-base operator), firmy, która zajmuje się naszym samolotem po przylocie i zapewnia nam wszelki serwis na danym lotnisku, od tankowania, po pomoc właśnie z cateringiem. Zdążyliśmy ustalić całe menu zanim jeszcze padła mi bateria w laptopie, a firma cateringowa zamykała biuro. Dobre wyczucie czasu! Nie ma opcji, że coś mnie zagnie na tym tripie. W Rijadzie znowu wszystko było na ostatnią chwilę – pakowanie, załatwianie załogi i jedzenia dla nas. Wystarczy mi tego stresu. 


Przecież nie może być ciągle pod górkę? 


Na lotnisku z kolei problemy z paszportem jednej z dziewczyn. Utknęliśmy tam na dość długo, dzięki czemu mogłam sprawdzić maile i zdać sobie sprawę z tego, że cała moja cateringowa robota na pokładzie poszła na marne. W jednej z wiadomości były dość specyficzne wytyczne odnośnie kulinarnych upodobań naszego głównego VIP. Kazano mi załatwić to i to, i dostarczyć w takiej i takiej formie, w taki i taki sposób. Dobrze, że miałam ciągle pod ręką agenta FBO, który stanął na głowie, żeby mi pomóc. Personel lotniska w Marrakeszu po prostu wymiata! 😉 Dwie godziny później dojechaliśmy do hotelu, w którym jak się okazało, nie mamy rezerwacji. Nic mnie nie dziwi. Po prostu znowu czekamy. Z racji, że nasz lot był organizowany w ostatniej chwili, pojawiły się, jak zwykle w takim momencie, nieporozumienia odnośnie zakwaterowania w Maroko. Do pokoju weszłam grubo po drugiej w nocy. 
Dobrze, że lot został przeniesiony z 14:00 na 19:00!!! Odeśpię wszystko.

Myślałam, że dobrze...

Od 7:00 rana do samego wylotu – ponad 30 maili, chyba jeszcze raz tyle telefonów. Catering nie wiedział, jak dostarczyć marokańskie potrawy, ich tradycyjne naczynia (tażin) nie zmieściłyby się w naszych piekarnikach. Na lot miały również dołączyć dwie dziewczyny, wracające prosto z wolnego i gdyby nie to, że zaczęłam walczyć o miejsce w hotelu dla nich, czekałyby na nas na lotnisku cały dzień. Później mało znaczące wiadomości odnośnie zgubionego sprzętu z naszego samolotu. Któraś z Głównych nie dopilnowała zwrotu i teraz mi przyszło wszystko załatwić 🙊 ITD. ITD. ITD. ITD. ITD.

Dobił mnie już w ogóle mail krotko przed wyjściem: „Upewnij się, że wszystko jest zapięte na ostatni guzik, bo ten lot jest bardzo ważny...”. Czemu oni zawsze się budzą w ostatniej chwili i zamiast wspierać, to narzucają nam jeszcze większą presję?

Chwilę później mamy zdyganą Główną, niewyspane dziewczyny, zmordowane podróżą dwie kolejne, siedem godzin lotu i mnóstwo jedzenia, którego nawet nie ma gdzie umieścić.

VIP przyniósł na pokład nuggetsy z kurczaka, z McDonald's i niczego od nas nie żądał...



Padłam....

No to tyle widziałam w Marrakeszu 😛

Przeczytaj również

0 komentarze

Archiwum

Obserwuj bloga