Najdłuższa podróż życia - nie z wyboru

stycznia 05, 2016


Dziś gdybym dostała taką propozycję, wyśmiałabym prosto w twarz! Wtedy pomyślałam, że to może być ciekawe doświadczenie, przecież uwielbiam latać 😍 Pięć miast, cztery kraje, cztery loty. Odległość zaledwie 5000 km, którą można odbyć na pokładzie jednego samolotu w jakieś siedem godzin, mi zajęła prawie półtora doby!

Moje wolne kończyłam Sylwestrem ze znajomymi w Zakopanem. Od kilku tygodni taszczyłam ze sobą cały bagaż, bo wiedziałam, że będę wracać do pracy z Krakowa, to w końcu najbliższe lotnisko. Niestety nie wiedziałam, że na jednym locie się nie skończy. Plan podróży dostałam wieczorem, dzień przed wylotem. Zdążyłam tylko wynegocjować odlot o 9:00 rano, zamiast 6:30.

Zatem mój dzień zaczął się od 4:00 nad ranem...

Najpierw wyprawa na Balice, która z resztą nie była taka zła, biorąc pod uwagę wczesną porę i minusowe temperatury na zewnątrz (zima się w końcu ocknęła, co nie? 😉) Miedzy lotniskiem w Krakowie i Zakopanem można wyczaić prywatny transport, co zdecydowanie ułatwia podróż na tym odcinku. Trzeba tylko szukać realnych cen, bo niektórzy kierowcy biorą je chyba z kosmosu. Dla porównania – my za czwórkę zapłaciliśmy 350zł, inny pan chciał 600zł. PF!


Kraków – Warszawa...

Na lotnisku oczywiście nie-niespodzianka w formie dodatkowej opłaty za bagaż. Tutaj podziękowania dla personelu LOT-u za wszelkie starania i sugestie odnośnie przepakowania. Niestety, szpilki już nigdzie bym nie wcisnęła 😉 płacę i koniec, kropka.
40-minutowy lot bombardierem do Warszawy był ciekawym doświadczaniem. Znam wiele dziewczyn w prywatnych liniach, pracujących na tego rodzaju samolocie. Dopiero teraz rozumiem, o co im chodziło z tym hałasem. W stolicy mordercze siedem godzin oczekiwania na kolejny lot. Podpięta do gniazdek z całym sprzętem, w końcu mogłam nadrobić zaległe pisanie, papierkową robotę i czytanie nowego manuala. Pierwszy raz też spałam na podłodze lotniska, buahaha! Nikt pewnie by mi nie uwierzył, że latam z rodziną królewską. Prezencja i urok postanowiły zostać w Zakopanem, jak zobaczyły plan podróży. Dobrze, że szczęście i siła woli postanowiły się przelecieć ze mną 😁



Warszawa – Monachium...

Opóźniłam lot, bo znudzona-życiem pani na bramce rzucała się o moją ciężką walizkę kabinową. Na poprzednim locie doczepili mi karteczkę, że ze względu na to, iż bagaż nie spełnia warunków (10kg zamiast 7kg), musi być oddany do cargo. Karteczkę mogłam oderwać przed kolejnym lotem i znudzona-życiem pani niczego by nie zauważyła, ale będąc na nogach od 4 rano, o 22 wieczorem tok myślenia już nie jest taki sam. Kolega pani z bramki chyba wyczuł w moim głosie frustracje i po chwili doniósł mi walizkę do samolotu: „Pani leci do Rijadu, więc walizka leci z panią” - spojrzał na mnie porozumiewawczo i znikł. Zaczęłam później analizować całą sytuację – pani z bramki zrobiła takie halo przy wszystkich pasażerach odnośnie wagi mojej walizki, że nie było opcji, abym ją wzięła na pokład. Kolega sprytnie załatwił sytuację. Kolejne podziękowania do częściowej załogi LOT-u 🙏 Wawę-Monachium pamiętam przez mgłę. Budziłam się za każdym razem, jak głowa mi spadała w dół, albo opadała szczęka, albo podskoczyłam w siedzeniu i niechcący uderzyłam sąsiada. W Monachium musiałam odebrać wszystkie walizki, zmienić terminal i na nowo się odprawić. 



Monachium – Abu Dhabi...

Pani przy stanowisku odprawy była Polką 😍 Mnie tylko chodziło o możliwość siedzenia gdzieś na samym tyle z dala od dzieci, żebym tylko mogła przespać ten kolejny 6-godzinny lot, a to nie tyle brak siedzeń okazał się problemem, ile znowu moje walizki! Etihad zmienił zasady – z 30kg przeszli na 23kg bagażu nadawanego... seryjnie?????!!!! Chciałam nadać obie walizki – moją dużą 27kg i małą 10 kg, bo bilet miałam z możliwością nadania dwóch bagaży, ale przy takiej zmianie zasad, pewnie bym się tylko bardziej wkopała. Małą walizkę (mimo, że ciągle była za ciężka o 3kg) przemyciłam na pokład, nikomu nie mówiąc, że waży jak słoń, a 27kg spokojnie się rozłożyło na dopuszczalne dwa bagaże. Uffffffffffff...
Dwie godziny później siadam na pokładzie w swoim fotelu – przede mną dziecko, obok mnie dziecko – chyba muszę być u skraju wyczerpania, bo z jakiegoś powodu ich bezustanne ryki w ogóle mnie już nie ruszają. Podczas lądowania myślę o kolejnych pięciu godzinach czekania, następnym locie i przyjemnością podróżowania przez Rijad. W życiu nie byłam tak zmęczona. Nawet 10-godzinna wspinaczka górska, gdzie zmęczenie wyciskało mi łzy z oczu, nie było tak dobijające, jak świadomość ciągłej, koniecznej podróży. Miałam plan – podejść do obojętnie jakiej osoby z personelu naziemnego, powiedzieć, że ja do Rijadu i paść jak martwa na ziemię, niech się martwią moim ciałem i jakoś mnie tam dostarczą!



Abu Dhabi – Rijad...

Zostawiłam zegarek na taśmie po przejściu przez odprawę bezpieczeństwa. Nie ma opcji, że się po niego wracam. Siedzę już pod bramką, po niemożliwie długiej drodze przez cały terminal, poza tym ktoś na bank go zobaczył i zabrał, nie ma szans. Kurka, to był mój mały lotniczy talizman. Kupiłam go w Pizie w 2007, jak zaczęłam latać – przeszedł wszystko i był wszędzie. Wracam! Droga była znacznie krótsza, przy bramkach pusto, jakby lotnisko zamykali, a zegarek grzecznie leżał i czekał na odbiór. Może nie miałam już siły skakać do nieba, ale ta chwila napełniła mnie szczęściem 😊
Dwugodzinny lot do Arabii na, jak zawsze, pełnym pokładzie. Obserwowanie stewardess bardzo mnie bawiło. Widziałam ich frustracje związane z barierą językową, analfabetyzmem i poziomem mentalnym pasażerów i ich zachciankami z kosmosu. Też tam byłam, też to czułam, kochane 😉 Wiem, że w takich momentach ciśnienie skacze do góry, ale akceptacja okazuje się skuteczniejsza od krytyki i walki z odmiennością. Choć zrozumienie tego czasem zajmuje kilka lat! 😅

W Rijadzie wysiadam z bananem na gębie. Po pierwsze dotarłam, po drugie, jakoś mi tęskno było 😍 Od razu witają mnie zawsze zdziwione i ciekawskie spojrzenia, ale i serdeczne słowa ze strony personelu lotniczego, pana przy stanowisku imigracyjnym (dostał ode mnie uśmieszek – znajdowała się koło niego maszyna z trzema przyciskami, dzięki której można było dokonać oceny jego pracy 😊). Kierowca też był na czas, a w hotelu jak zwykle czerwony dywan na mnie czekał 😂 Pomyśleć, że kilka tygodni temu chodziłam tu po suficie od wyczerpania psychicznego, dziś z radością rozpakowuję walizki.


Na wolnym naładowałam moje baterie do granic możliwości, postanowiłam zmienić parę rzeczy, dzięki którym wiem, że w życiu będzie łatwiej – materialnie i duchowo. Teraz jestem gotowa stawić czoła temu, co los dla mnie przygotował 😉...

Na razie nic, chyba tylko kolejny przegląd w Szwajcarii się szykuje 😊

Przeczytaj również

0 komentarze

Archiwum

Obserwuj bloga