23 lutego 2016

Szkolenie w Londynie


Lot z arabską armią do Anglii był dla mnie jak zbawienie! Początkowo nie chciałam się nakręcać, ale czułam w kościach, że to nie będzie dla mnie tylko jeden tydzień na angielskiej ziemi (tyle nasi goście mieli tutaj zabawić). Od kilku miesięcy byłam bowiem zapisana na szkolenie i kolejne w moim życiu SEP - odnowienie licencji, które przewidziane było w połowie lutego.

Zanim jednak wielotematyczny trening się rozpoczął, zdążyłam zaliczyć tuzin spotkań ze znajomymi, machanie czupryną na koncercie SlipKnota, drinka w najwyższym budynku w Anglii z przepięknym widokiem na Tamizę, potańcówkę na polskim koncercie, bardzo romantyczne walentynki z przyjaciółmi w roli głównej i hektolitry piwa W poniedziałek rano zaczynałam szkolenie na resztkach paliwa!

 

Widok z budynku Shard


Z szacunkiem dla tych z Was, których rzeczywistość tak właśnie wygląda, ale jak do jasnej ciasnej można wstawać dziennie o szóstej rano?! I do tego jeszcze popadać w rutynę – śniadanie, praca, prysznic, łóżko, śniadanie, praca, prysznic, łóżko... Sześć dni później zajrzała mi w oczy depresja monotoniczna (założę się, że istnieje na to jakieś fachowe określenie, buahaha!). Mimo tego, iż każdy dzień był w miarę inny, jeśli chodzi o tematykę szkolenia i do tego bujaliśmy się po całym Londynie i okolicach, ogólna rutyna tej tygodniowej egzystencji seryjnie mnie wyczerpała!

Tydzień zaczęliśmy dość drastycznie, bo od wykładów i praktyki z bezpieczeństwa w centrum szkoleniowym British Airways. Katastrofy lotnicze, ewakuacja planowana i niespodziewana, przejście przez komorę dymną z maskami tlenowymi i walka z pożarem – tak, ciągle kocham swoją pracę! 
Z racji, że jesteśmy prywatną firmą bez własnego punktu szkoleniowego, korzystamy zawsze z obiektów różnych komercyjnych linii lotniczych. W zeszłym roku było po arabsku, w tym roku, z kolei, miejsca użyczył nam brytyjski faworyt. Interesuje mnie zawsze poznanie innej linii lotniczej „od zaplecza”, a obecność w jej miejscu szkoleniowym daje prawdziwy obraz. Wierzcie mi, załoga BA jest konkretnie przeszkolona!


 

Kolejne parę dni spędziliśmy w sąsiedztwie pałacu Buckingham. Podstawy serwisu i pomocne triki były nam wpajane godzinami przez brytyjskiego kamerdynera. Przez chwile myślałam, że cofnęłam się w czasie. Instruktor ubrany był w nienaganny, idealnie dopasowany uniform z czasów wiktoriańskich, z jego ust wydostawały się najbardziej uprzejme zwroty, jakie kiedykolwiek moje uszy słyszały, a pewność siebie, przemawiająca przez jego gesty, wprowadzała w zdumienie nie jedną z nas. Dla tych, którzy nie wiedzą o czym mówię, polecam film Danielsa Kamerdyner (2013) lub Okruchy dnia (1993) z Anthony Hopkinsem.
Wyszukane słownictwo, sposób podawania marynarki gościom czy oferowania gazety, zwracanie uwagi na najmniejszy detal w serwisie, korekta naszej postawy i sposobu poruszania się – mówię Wam, chodziłyśmy jak małe maszynki po tych dwóch dniach

Najlepszym doświadczeniem z całego tygodnia był dla mnie kurs kulinarny w jednej z firm cateringowych na lotnisku Stansted. Asymetria w sposobie przyrządzania potraw, zdobienie talerzy papką marchewkową i przygotowanie syczuańsko-malinowego sosu do sałatek, to tylko niektóre z poruszanych zagadnień. Z kolei wskazówki, jak sobie poradzić z cateringiem na pokładzie, kiedy zamawiamy za mało, albo jedzenie zostaje dostarczone w zdeformowanej postaci, już w ogóle spowodowały, że kurs był prawdziwym strzałem w dziesiątkę. Nie muszę chyba dodawać, że lunch oferowany przez firmę po prostu zwalił nas z nóg! Z pełnym przekonaniem zamówiłabym ich potrawy dla swoich gości tu i teraz! Każdy, kto płaci tyle pieniędzy za lot prywatnym jetem, zasługuje na najlepszą jakość





Kurcze, odrobiłam kawał dobrej roboty na ostatniej rotacji. Nie dość, że pomiędzy lotami ciężko było złapać porządny oddech, to jeszcze użerałam się z drugą Główną na airbusie, która mimo, iż miała być tylko dodatkową pomocą, ładowała mi się konkretnie buciorami w pracę. Wiecie co? Nadszedł czas rzucić książki i uniform w kąt, a z kurzu otrzepać mój plecak!


Niech żyją wakacje!

Relacja z Belize pewnie na bieżąco na Facebookowej stronce. Nie wiem, co mnie czeka, mam tylko bilet w ręce i potrzebę odpoczynku  
 
 



04 lutego 2016

Najszybszy w lotnictwie cywilnym


Dorwałam mój ulubiony magazyn, w którymś z lotniskowych VIP-owskich salonów i co? 
Nie mogę się doczekać roku 2023!




Aerion AS2 jest jeszcze w produkcji, ale podobno firma Flexjet złożyła już pierwsze zamówienie na dwadzieścia ponaddźwiękowych maszyn, które (jak wszystko dobrze pójdzie) zostaną dostarczone za siedem lat

Projekt skrzydeł, powstały z resztą przy współpracy z NASA, i wprowadzenie nowej technologii przy ich budowie, ma zminimalizować hałas i grom dźwiękowy, jak podkreśla wiceprezydent Aerion, Ernie Edwards. Dodatkowo, ich zastosowanie umożliwi osiągnięcie ogromnych prędkości. Samoloty te będą się poruszały o 67% szybciej od obecnych dalekosiężnych maszyn poddźwiękowych. Według Edwards trasa między San Francisco i Sydney będzie kwestią tylko siedmiu godzin. To jest jazda dopiero!

Zobaczenie takiego samolotu na własne oczy byłoby mega sprawą, podróż na jego pokładzie, z kolei, zapisuję na liście marzeń (przed lotem w kosmos, bo bardziej realne! )





AERION AS2 (Źródło: Internet)




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...