10 sierpnia 2016

Jak nie latanie, to bieganie...

Do tych, którzy pytają i tych, co mają taki zamiar – tak, już od kilku tygodni pracuję w nowej firmie. Niestety formalności wizowe do Chin i Indii zajmują bardzo dużo czasu, zatem ciągle czekam na powrót pomiędzy chmury.

Tymczasem pracuję nad odzyskaniem dawnej kondycji

Znajomy z załogi kiedyś mi powiedział, że jak pewnego dnia przestanę latać i osiądę ponownie na ziemi, mój organizm wróci do normy. Podobno poprawi się cera, ureguluje zegar biologiczny i znikną problemy ze spaniem. Jemu wystarczył miesiąc, żeby zauważyć różnicę, ja niestety dostrzegam odwrotne rezultaty – masakryczny spadek kondycji! Jest tak bardzo źle, że z półmaratonu kilka miesięcy temu zeszłam do ledwo wytarganych dwóch kilometrów z przerwami. A mantra z ostatniego czasu to nic innego jak: I hate running, I hate running! No mówię, że jest źle...

Frustracja, żal, złość, załamka, brak nadziei – że już nigdy nie będzie tak, jak wcześniej, a przecież mogłam góry przenosić! Może to efekt spadku kondycji psychicznej, małego zabiegu, który przeszłam w maju lub po prostu ogromnej dawki wolnego.

Ale! Odkryłam sekret... pierwszy krok – muszę się odciąć od przeszłości! Wspomnienia w żaden sposób mnie nie motywowały, przyszedł moment na najzwyczajniejsze przewrócenie kolejnej strony. Zaakceptować swojego rodzaju niedoskonałość, odmienną sytuację i zacząć po prostu od nowa. Odnaleźć w sobie resztki nadziei na to, że znowu można się wzbić, a już w ogóle trafić na pokłady cierpliwości, dzięki której nawet najtrudniejszy do osiągnięci cel, jest możliwy! Dziś, tu i teraz, popycham siebie o kolejny kilometr. I tak dzień po dniu.


Wczoraj...
zdobyłam podium na pewnym odcinku, a dziś przekroczyłam pierwsze 10 km od maja (bez zatrzymania!)  





Brak komentarzy:

Prześlij komentarz

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...