17 listopada 2016

Studiowanie w chmurach


„To chyba idealny moment, żeby wziąć się za mega długo odkładaną magisterkę!” - oświeciło mnie pewnej wakacyjnej nocy u kumpeli na materacu. Tak właśnie jest, jak zostaje mi ofiarowane więcej wolnego czasu i rozmyślam, a akurat wtedy wyrabiałam wizy do nowej firmy i nie mogłam się ruszyć z kraju.

Zatem do tych, co nie mają dostępu do FB i nie śledzą postów... kilka tygodni po zapaleniu tej przysłowiowej żarówy nad głową, zostałam studentką. Najwyraźniej mój pomysł miał mieć pokrycie w rzeczywistości, bo wpadłam na trop jedynego kierunku, prowadzonego w zupełności online przez jeden z angielskich uniwersytetów, który skierowany jest głównie do ludzi zaangażowanych w lotnictwie. Próbowałam wysłać aplikację online, ale niektóre funkcje nie były aktywne, więc sięgnęłam po telefon. „Że niby jaki kierunek?? My takiego nie prowadzimy, to musi być błąd na stronie, albo może i jest, ale już nie przyjmujemy aplikacji” - zarąbista informacja, a jeszcze lepsza pomoc. Dzięki! W sumie to fakt, oświeciło mnie pod koniec sierpnia, kiedy kończą się z reguły zapisy. Kilka dni później zadzwoniła do mnie dyrektorka kursu z zapytaniem czy jestem ciągle zainteresowana. Skąd wiedziała do kogo ma dzwonić?! NO JACHAAAAAAAAA! 💪💪💪

Za mną już prawie dwa miesiące i muszę przyznać, że gdyby ta żarówka się znowu zapaliła, chyba bym ja od razu zgasiła... Wiem, że to kwestia czasu, bo powrót na studia po kilku(-nastu!😉) latach wcale nie jest łatwy, a tym bardziej, jeśli oczekuje się ode mnie wywodów w obcym języku. I wiem, że dam radę. I wiem, że ostatecznie poklepię się po ramieniu. I wiem, że może mi się to wcale jednak nie przyda, ale przynajmniej rzucę tym biretem, jak sobie kiedyś obiecałam (każdy z nas ma jakieś banalne marzenia 😉). Tylko po co mi ten dodatkowy stres?

Myślałam, że w pracy znajdę chwilę spokoju i przypływy motywacji, bo jednak jak się zaprę, to mi nawet dobrze idzie, ale tym razem średnio to widzę 😂 Za dużo ciekawych miejsc (ciężko wysiedzieć w hotelu), za dużo fajnych ludzi na pokładzie (i ciekawych rozmów), za mało czasu i za duże zmęczenie. Chociaż jak już się znajdzie chwila spokoju, to cieszy mnie fakt, że nawet załoga mnie wspiera w tym projekcie – oferują kupienie czegoś do zjedzenia, jeśli wyjście na obiad jest niemożliwe, albo wyjaśnią specyficzne zagadnienia (zwłaszcza panowie w kokpicie) 🙏

Nie jest łatwo, do diaska, ale przecież taki mentalny wysiłek też nas w jakiś sposób kształtuje, co nie? Dziś Wam mowie, że wszystko jest możliwe i mam nadzieje, że za dwa lata powiem - ZDECYDOWANIE wszystko jest możliwe! Zatem nie poddawajcie się okolicznościom, lenistwu, niemotywującym komentarzom (ten do mojego pierwszego zaliczenia totalnie mnie zdegradował), bo dziś jest ciężko, a jutro będzie sukces 💥

Skończyłam właśnie ostatni esej na 2000 słów z obecnego modułu. Guzik mnie już obchodzi czy ma on sens, pochłonął drań całe pięć dni z mojego cennego życiorysu, jutro pakuję manatki i śmigam na wakacje! No ba! Zasługuję jak nic! 🌊🌞😍


 


05 listopada 2016

Na progu jednego z najważniejszych lotnisk świata


To miał być 20-minutowy spacer, żeby się odmóżdżyć po kilku dniach nauki (mój mentalny limit został zdecydowanie osiągnięty!). Oczywiście przeciągnął się trochę, bo będąc przy samym lotnisku w Los Angeles, większość czasu szłam ze wzrokiem wbitym w niebo.

Ostatecznie wylądowałam na dachu garażu, znajdującego się gdzieś na bulwarze Sepulveda, z którego roztaczał się super widok na samo lotnisko LAX. To jest największy port lotniczy na zachodnim wybrzeżu USA i wyobraźcie sobie, że ma aż dziewięć terminali! Samoloty tutaj lądują dosłownie co dwie minuty











Na pewnym odcinku bulwaru, na chodniku znajdują się tabliczki z nazwiskami ludzi, zasłużonymi w lotnictwie. Zainteresowała mnie w szczególności Katherine Cheung, która w wieku 17 lat opuściła Chiny i wyjechała do USA, gdzie po otrzymaniu licencji pilota, związała się bardzo z lotnictwem. Postanowiła nawet wrócić do Chin i otworzyć szkołę latania. Jej historię przedstawia film dokumentalny Aviatrix: The Katherine Sui Fun Chen Story. Zawsze mnie interesowały postawy kobiet w lotnictwie, zwłaszcza w czasach, kiedy branża była całkowicie zdominowana przez mężczyzn. 




No i ciekawa postać Williama Pattersona, który po przyjeździe do San Francisco, zamiast ukończyć szkołę średnią, dostaje pozycję w banku. Później jako doradca ds. pożyczek, udziela usługi założycielowi Pacific Air Transport, ważnej wówczas amerykańskiej linii lotniczej i tym samym wkręca się w świat lotnictwa. W wieku 34 lat zostaje prezydentem United Airlines, a w 1930 roku zatwierdza przyjęcie na okres próbny ośmiu pielęgniarek do pracy na pokładzie. Dzięki czemu United Airlines staje się pierwszą linią, która posiadała stewardessy


 


Wracam do książek.............................................................................



 

02 listopada 2016

Zapomniana w Budapeszcie

Przyleciałam tutaj, wiedząc, że na zwiedzanie, odpoczynek i przygotowanie kolejnego lotu mam tylko jakieś 12 godzin. Można by powiedzieć, że to dużo, ale niestety nie, jeśli jest się przytomnym od ponad doby, nogi odmawiają posłuszeństwa, pojawiają się halucynacje, a zimowy sen jest jedynym pragnieniem.

No chyba nie przegapisz tego miejsca?! Byłaś tu? Co opowiesz rodzinie? Chcesz kolejną pocztówkę? No to rusz się! - zaczął mnie motywować duch podróżnika

Wyskoczyłam z uniformu, zawiązałam trampki i dałam sobie maksymalnie dwie godziny na zwiedzanie, w przeciwnym razie załoga musiałaby mnie zwijać gdzieś z chodnika. Na recepcji zapytałam co warto zobaczyć w ciągu dwóch godzin: „Skręci pani w prawo, pójdzie tą długą ulicą, dojdzie do dużego placu i pójdzie prosto, tu jest ulica z drogim sklepami, coś w stylu Champs- Élysées, a tutaj z trochę tańszymi. Jeśli pani zatoczy takie koło, w drodze powrotnej może uda się zobaczyć operę. Ta trasa zajmie ponad godzinę...”. Sklepy??? Ponad godzinę??? A gdzie zamek?? Gdzie centrum miasta??? Mapa do kieszeni i jazda! Przy moim tempie (dzięki Mamo, że za dzieciaka targałaś nas za sobą, cisnąc jak mały struś pędziwiatr przez pola, doliny i miejski busz – wyszło nam to na dobre! ) powinnam przynajmniej dojść do Dunaju i cyknąć parę fotek z brzegu.

Jakimś sposobem Budapeszt stał się jedną z moich ulubionych europejskich stolic. Prawdopodobnie dlatego, że bardzo przypomina mi klimat własnego kraju. Gdyby nie to, że na każdym roku atakowały mnie słowa w języku, którego za nic w świecie nie mogłam porównać do innych mi znanych, czułabym się już w ogóle jak w domu. O tym, że zdecydowanie pasowałabym do otoczenia, świadczy chyba nawet sam fakt, że turyści zatrzymywali mnie, pytając o historię poszczególnych miejsc, Ha! Unikatowe piekarnie, proste zakłady fryzjerskie w pobocznych uliczkach, jakieś no-name butki odzieżowe, postkomunistyczna architektura, ludzie sympatyczni i jednocześnie bardzo prości – czysta Polska lat 90-tych z moich wspomnień.

Podczas spaceru widziałam neorenesansowy budynek Opery Państwowej, kupiłam pocztówkę, spróbowałam węgierskiej drożdżówki, a jak doszłam do Mostu Łańcuchowego, to przypomniałam sobie zdjęcia znajomej – gdzieś tutaj jest super widok na Parlament! Przeszłam przez most, robiąc przy okazji zdjęcia Zamku Królewskiego. Budapeszt powstał z połączenia dwóch miast Budy (po prawej stronie Dunaju) i Pesztu (po lewej), gdzie właśnie mieścił się nasz hotel.

I warto było wyjść na spacer:

Widok ze strony Pesztu na Zamek Królewski i Most Łańcuchowy


Bazylika św. Stefana


Budynek Parlamentu


Most Łańcuchowy


Opera


Wróciłam do hotelu piętnaście minut po ustalonej porze i z wielką satysfakcją, że nie posłuchałam recepcjonisty

Chwilę później dostałam wiadomość od kapitana, że nasz poranny lot jest odwołany, ale będziemy musieli zmienić hotel. Mimo skrajnego wyczerpania, obudziłam się już o drugiej nad ranem i liczenie owiec za nic nie pomagało, zatem na zmianę próbowałam się uczyć i czytać wiadomości. Zaczęłam nawet googlować najlepsze miejscówki w Budapeszcie na wschód słońca. Znalazłam idealny punkt po stronie Budy, ale pogoda z rana nie zapowiadała się najlepsza, a przed piątą godziną aktywność mózgu spadła mi do parteru i znowu odpłynęłam.

Kiedy spotkałam się z ekipą w lobby, każdy z nas wyglądał jak zombie. Jetlag to jednak największy minus latania i w szczególności tej pracy. Za każdym razem mam wrażenie, że potrafię sobie z nim radzić, ale jak na złość trzyma i nie chce puścić! Zmieniliśmy hotel i wyobraźcie sobie, że okno mojego pokoju nie tylko wychodziło na Parlament, który od tej pory co noc widziałam oświetlony, ale nasz hotel znajdował się zaraz obok tej miejscówki na wschód słońca! Z tych wszystkich miejsc w mieście? Z tych wszystkich hoteli? Z tych wszystkich pokoi? Po prostu czad Mimo, iż codziennie budziłam się tradycyjnie koło trzeciej nad ranem, wschodu słońca niestety nigdy nie miałam okazji zobaczyć, bo zachmurzone niebo temu nie sprzyjało.

Następnego dnia piloci zabrali samolot do Chin, a ja oczekiwałam informacji odnośnie mojego planu. Dopiero po trzech dniach wysłano mnie na inny samolot w Niemczech. Te ostanie kilka dni pozwoliło mi jeszcze bardziej odkryć Budapeszt, zrobić kilka zdjęć nocą i wgłębić się w historię holocaustu na Węgrzech. Zdecydowanie warto tu przyjechać!



Pomnik na cześć ofiar holocaustu - Żydom kazano ściagnąć tutaj obuwie zanim ich rozstrzelano



Dom Terroru - muzeum poświecone działaniom faszystowskim i komunistycznym na Węgrzech


Baszta Rybacka


Plac Bohaterów z pomnikiem Nieznanego Żołnierza
















Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...