Zapomniana w Budapeszcie

listopada 02, 2016

Przyleciałam tutaj, wiedząc, że na zwiedzanie, odpoczynek i przygotowanie kolejnego lotu mam tylko jakieś 12 godzin. Można by powiedzieć, że to dużo, ale niestety nie, jeśli jest się przytomnym od ponad doby, nogi odmawiają posłuszeństwa, pojawiają się halucynacje, a zimowy sen jest jedynym pragnieniem.

No chyba nie przegapisz tego miejsca?! Byłaś tu? Co opowiesz rodzinie? Chcesz kolejną pocztówkę? No to rusz się! - zaczął mnie motywować duch podróżnika

Wyskoczyłam z uniformu, zawiązałam trampki i dałam sobie maksymalnie dwie godziny na zwiedzanie, w przeciwnym razie załoga musiałaby mnie zwijać gdzieś z chodnika. Na recepcji zapytałam co warto zobaczyć w ciągu dwóch godzin: „Skręci pani w prawo, pójdzie tą długą ulicą, dojdzie do dużego placu i pójdzie prosto, tu jest ulica z drogim sklepami, coś w stylu Champs- Élysées, a tutaj z trochę tańszymi. Jeśli pani zatoczy takie koło, w drodze powrotnej może uda się zobaczyć operę. Ta trasa zajmie ponad godzinę...”. Sklepy??? Ponad godzinę??? A gdzie zamek?? Gdzie centrum miasta??? Mapa do kieszeni i jazda! Przy moim tempie (dzięki Mamo, że za dzieciaka targałaś nas za sobą, cisnąc jak mały struś pędziwiatr przez pola, doliny i miejski busz – wyszło nam to na dobre! 😉) powinnam przynajmniej dojść do Dunaju i cyknąć parę fotek z brzegu.

Jakimś sposobem Budapeszt stał się jedną z moich ulubionych europejskich stolic. Prawdopodobnie dlatego, że bardzo przypomina mi klimat własnego kraju. Gdyby nie to, że na każdym roku atakowały mnie słowa w języku, którego za nic w świecie nie mogłam porównać do innych mi znanych, czułabym się już w ogóle jak w domu. O tym, że zdecydowanie pasowałabym do otoczenia, świadczy chyba nawet sam fakt, że turyści zatrzymywali mnie, pytając o historię poszczególnych miejsc, Ha! 😁Unikatowe piekarnie, proste zakłady fryzjerskie w pobocznych uliczkach, jakieś no-name butki odzieżowe, postkomunistyczna architektura, ludzie sympatyczni i jednocześnie bardzo prości – czysta Polska lat 90-tych z moich wspomnień.

Podczas spaceru widziałam neorenesansowy budynek Opery Państwowej, kupiłam pocztówkę, spróbowałam węgierskiej drożdżówki, a jak doszłam do Mostu Łańcuchowego, to przypomniałam sobie zdjęcia znajomej – gdzieś tutaj jest super widok na Parlament! Przeszłam przez most, robiąc przy okazji zdjęcia Zamku Królewskiego. Budapeszt powstał z połączenia dwóch miast Budy (po prawej stronie Dunaju) i Pesztu (po lewej), gdzie właśnie mieścił się nasz hotel.

I warto było wyjść na spacer:

Widok ze strony Pesztu na Zamek Królewski i Most Łańcuchowy

Bazylika św. Stefana

Budynek Parlamentu

Most Łańcuchowy


Opera

Wróciłam do hotelu piętnaście minut po ustalonej porze i z wielką satysfakcją, że nie posłuchałam recepcjonisty 😉

Chwilę później dostałam wiadomość od kapitana, że nasz poranny lot jest odwołany, ale będziemy musieli zmienić hotel. Mimo skrajnego wyczerpania, obudziłam się już o drugiej nad ranem i liczenie owiec za nic nie pomagało, zatem na zmianę próbowałam się uczyć i czytać wiadomości. Zaczęłam nawet googlować najlepsze miejscówki w Budapeszcie na wschód słońca. Znalazłam idealny punkt po stronie Budy, ale pogoda z rana nie zapowiadała się najlepsza, a przed piątą godziną aktywność mózgu spadła mi do parteru i znowu odpłynęłam.

Kiedy spotkałam się z ekipą w lobby, każdy z nas wyglądał jak zombie. Jetlag to jednak największy minus latania i w szczególności tej pracy. Za każdym razem mam wrażenie, że potrafię sobie z nim radzić, ale jak na złość trzyma i nie chce puścić! Zmieniliśmy hotel i wyobraźcie sobie, że okno mojego pokoju nie tylko wychodziło na Parlament, który od tej pory co noc widziałam oświetlony, ale nasz hotel znajdował się zaraz obok tej miejscówki na wschód słońca! Z tych wszystkich miejsc w mieście? Z tych wszystkich hoteli? Z tych wszystkich pokoi? Po prostu czad 😀 Mimo, iż codziennie budziłam się tradycyjnie koło trzeciej nad ranem, wschodu słońca niestety nigdy nie miałam okazji zobaczyć, bo zachmurzone niebo temu nie sprzyjało.

Następnego dnia piloci zabrali samolot do Chin, a ja oczekiwałam informacji odnośnie mojego planu. Dopiero po trzech dniach wysłano mnie na inny samolot w Niemczech. Te ostanie kilka dni pozwoliło mi jeszcze bardziej odkryć Budapeszt, zrobić kilka zdjęć nocą i wgłębić się w historię holocaustu na Węgrzech. Zdecydowanie warto tu przyjechać!



Pomnik na cześć ofiar holocaustu - Żydom kazano ściagnąć tutaj obuwie zanim ich rozstrzelano

Dom Terroru - muzeum poświecone działaniom faszystowskim i komunistycznym na Węgrzech

Baszta Rybacka

Plac Bohaterów z pomnikiem Nieznanego Żołnierza














Przeczytaj również

0 komentarze

Archiwum

Obserwuj bloga