27 marca 2017

Cabin Crew Attestation – Certyfikat Kompetencji Cabin Crew

Na forach internetowych można znaleźć wiele informacji dotyczących kursów dla załogi pokładowej. Ich zwolennicy twierdzą, że taki papierek pomógł im w zdobyciu pracy, przeciwnicy uważają, że to czyste wyrzucanie pieniędzy w błoto, bo przecież każda linia i tak ma swoje oddzielne szkolenie. Zależy o jakim szkoleniu mówimy… 😉

Na rynku pojawia się wiele kursów na cabin crew, trwających od kilku do kilkunastu dni. Organizowane są one przez nieakredytowane firmy, które swoim uczestnikom przedstawiają tylko namiastkę tego, czym jest praca na pokładzie. Niestety ich certyfikaty do niczego nie uprawniają, dlatego też przez wielu uważane są zbędnym wydawaniem pieniędzy. Dużo więcej korzyści, z pewnością, przyniesie wam certyfikat kompetencji personelu pokładowego, tak zwane Cabin Crew Attestation (CCA).


CO TO JEST?

Od 2013 roku, zgodnie z przepisami EASA (Europejskiej Agencji Bezpieczeństwa Lotniczego), zaświadczenie to jest wymagane, jeśli chcecie pracować na pokładach samolotów, zarejestrowanych na terenie krajów Wspólnoty Europejskiej.


CZEGO DOTYCZY?

Kurs CCA opiera się o podstawowe i bardzo ogólne zagadnienia związane z tym, co każdy członek personelu pokładowego powinien wiedzieć. Prawo lotnicze, zasady bezpieczeństwa i pierwsza pomoc to tylko część z nich.


KTO TO ORGANIZUJE?

Firmy, które mogą przeprowadzić takie szkolenie są zatwierdzane przez Urząd Lotnictwa Cywilnego danego kraju.


JAKIE SĄ WARUNKI UZYSKANIA CERTYFIKATU?

- być pełnoletnim
- pomyślnie ukończyć szkolenie i związane z nim egzaminy


JAK DŁUGO JEST WAŻNY?

Uzyskany certyfikat jest ważny przez pięć lat i powinien być odnowiony, kiedy w momencie upływu daty ważności, członek załogi nie był aktywny zawodowo. W przeciwnym razie zostaje on automatycznie przedłużany.



Kandydaci z takim certyfikatem w kieszeni są coraz bardziej pożądani przez europejskich przewoźników. Świadczy on nie tylko o podstawowej wiedzy lotniczej osoby aplikującej, ale i świadomym wyborze kariery w tym kierunku.

CCA jest podstawową licencją, która zawsze zostaje przy tobie, bez względu na to, kiedy i gdzie zmieniasz linie lotnicze. Aby jednak latać w pełni jako załoga pokładowa, przed tobą jeszcze dodatkowe szkolenie operatora, czyli wspomniany wcześniej odrębny kurs danej linii lotniczej, uwzględniający ich specyficzne przepisy i zasady postępowania w sytuacjach awaryjnych oraz szkolenie dotyczące konkretnego typu samolotu, na którym twoja firma będzie operować. Według przepisów EASA każdy członek załogi może latać na trzech różnych typach, ewentualnie na czterech, ale wtedy dwa z nich muszą być do siebie zbliżone w kwestii procedur bezpieczeństwa i sprzętu ratunkowego.


Rok temu miałam rozmowę kwalifikacyjną do jednej z europejskich prywatnych linii lotniczych. Ich pierwszym pytaniem było, czy mam licencję EASA. Niestety, jedyna europejska firma, dla której pracowałam w 2007 roku, już dawno nie posiada moich danych, a poza tym wytrzymałam z nimi tylko trzy miesiące, zatem uzyskanie potwierdzenia z ich strony było niemożliwe. Obecnie wielu prywatnych operatorów na terenie Europy będzie wymagać CCA od potencjalnych kandydatów, dlatego, że sami szkolenia z bezpieczeństwa nie zapewniają i preferują aplikantów z kwalifikacjami.

… czyli to jednak nie takie wyrzucanie pieniędzy w błoto, co nie? 😁



Stąd właśnie moje tygodniowe szkolenie ze skyPeople, na którym wałkujemy wszystko to, co robię od dziesięciu lat 🙊


… dziś było o tym, jak samolot lata, jutro będziemy się ratować na basenie…buahahahaha!😂😂😂






W budynku, gdzie odbywa się szkolenie, trafiłam na hangar 😍





21 marca 2017

Low-costem przez ocean


Jaką zapłacilibyście cenę za powrót do domu?

Ja jeszcze kilka dni temu mówiłam, że każdą...


Rano zasugerowałam firmie, że sama zapłacę za bilet do domu, bo zależało mi na czasie, a najwyraźniej coś grubszego się toczyło w biurze. Zatem pół godziny do opuszczenia pokoju... i kupno biletu na samolot, który odlatuje za kilka godzin. Zonk. Blokada karty kredytowej 🙈 Serio? Teraz, kiedy mnie czas goni, ktoś zdecydował przewałkować mnie pytaniami odnośnie użytkowania mojej karty? Ja ledwo pamiętam gdzie wczoraj byłam, a co dopiero gdzie była transakcja na $48.32?!

W drodze na lotnisko, myślałam, że najgorsze za mną...

Kupując bilet nie kierowałam się zbytnio linią lotniczą, ale oczywiście ceną (nie wiem, czy firma zwróciłaby mi pieniądze, jeśli bym zaszalała 😜) i żeby cała podróż nie trwała więcej niż dwa dni.

Wybór padł na Norwegian Air.

Dokładnie rok temu leciałam z nimi na tej samej trasie, kończąc rotację w poprzedniej firmie. Kiedy podeszłam do stanowiska z olbrzymią walizą (rotacja trwała wówczas 8 tygodni!), pani uprzejmie mnie poinformowała, że moja rezerwacja nie tylko nie zawiera bagażu rejestrowanego, ale i posiłku. „To mnie wyrolowali” - pomyślałam. Dziesięć godzin lotu i niczego nie dostanę?! Spanikowałam i zdecydowałam się na dopłatę do biletu, żeby lecieć w klasie premium, gdzie wszystko było zapewnione. 
Dziś postanowiłam sprawdzić ekonomiczną... głęboki wdech 😮

Lecieliśmy B787 i to chyba jedyna pozytywna rzecz, bo podobno po locie na tym typie samolotu jet lag nie jest tak tragiczny 😉 Siedzenia są dość wygodne (w końcu to najnowszy model) i tylko tyle. Nie ma ani poduszki, ani koca, nie wspominając już o małym przyborniku ze szczoteczką do zębów. Ciepły posiłek można było zamówić tylko przy kupnie biletu, ale przyznam, że takiej opcji nie widziałam. Albo nie zwróciłam uwagi na dodatkowe opcje, albo było to już niemożliwe, bo przy kupnie biletu mniej niż sześć godzin przed odlotem, dużo opcji jest już niedostępnych, jak na przykład wybór siedzenia.

Dla tych pasażerów, którzy nie zarezerwowali posiłku, są dwie opcje:

  1. Zaopatrzyć się w prowiant na lotnisku – co, ku mojemu zdziwieniu, zrobiło 70% pasażerów 👍
  2. Kupić jedzenie na pokładzie – czego z serca nie polecam, bo kiedy żołądek zmusił mnie do przejrzenia oferty, już większość opcji była wykupiona 😱
Oprócz chipsów, orzeszków, sałatki owocowej i babeczki, została wegetariańska kanapka, którą zdecydowałam się zamówić. Niestety była tak niesmaczna, że musiałam ją zapić winem. Aby uspokoić wewnętrzne frustracje, postanowiłam rozpracować pokładowy system rozrywkowy. Z niewielkiej oferty niestety tylko jeden film był mi zupełnie obcy. Słuchawki to kolejne trzy dolce i żeby jeszcze działały jak należy 😏


I właśnie zrozumiałam, dlaczego temperatura na pokładzie jest ustawiona na bardzo nisko...


Jestem już na ziemi i czekam na połączenie do domu kolejnym low costem. Teraz to już nie ma znaczenia, bo lot trwa mniej niż dwie godziny.  

Czy zgadzam się z low costami na tak dalekie trasy? Niby dają możliwość podróżowania tym z małym budżetem, w miejsca, o których kiedyś mogli tylko pomarzyć. Ja z kolei uważam, że mimo tego jaka jest cena biletu, na 10-godzinnej trasie pasażer powinien mieć darmowy dostęp do podstawowych produktów. Powodzenia tym, którzy zdecydują się na ten nieludzki hard core😅

Ja jednak wolę dopłacić


15 marca 2017

Blondynki w Meksyku


O tym, że obecna rotacja jest szalona już pisałam w poprzednim poście, prawda? I nic się nie zmieniło od tego czasu! 😏

Z Bahamów dotarliśmy do Londynu. Byłam tak wykończona, że wbrew mojej osobistej zasadzie, odmówiłam nawet spotkania z przyjaciółmi. Dużym plusem tej pracy, jest częste wpadanie do miast, gdzie są znajomi i nie ma nic przyjemniejszego niż odmóżdżenie się po locie przy drinku i dobrej rozmowie. Niestety, na to też trzeba mieć siły. Zostałam zatem w hotelu, przygotowując się na kolejny lot, tym razem do Arabii Saudyjskiej. Nie wierzę! To będzie mój pierwszy lot do Rijadu po odejściu z poprzedniej firmy. Z radością wysłałam do prania moją zakurzoną abaję (którą zresztą ciągle ze sobą wożę, właśnie na takie niespodziewane loty). Moja pierwsza oficerka przebiła mnie jednak w podekscytowaniu. Dopiero niedawno zaczęła podróżować po świecie i im dziwniejsze miejsce, tym bardziej szaleje, a moje opowieści z pustyni jeszcze bardziej podsyciły jej ciekawość. Zapewne jesteśmy jedynymi osobami w firmie, które się cieszą na lot do Arabii 😂

Zonk! Zbiórka o 21... lecimy do Meksyku

Kolejny niespodziewany lot. Jak później się okazało, prywatny samolot naszych klientów miał usterkę, a firma z której początkowo chcieli skorzystać, zmienila zdanie w ostatniej chwili (wiedziałam, że jesteśmy najlepsi na rynku!!)

- Mój szef jest bardzo zawiedziony tym, co się działo przez ostatnie dni. Proszę, zadbajcie o nich - uprzedził mnie przed lotem ich własny pilot, który musiał zostać i dopilnować naprawy samolotu
 
No jacha!!! Mówisz i masz!! Czuję się, jakbym miała własną rodzinę na pokładzie...

Zanim jeszcze odlecieliśmy, dostałam od nich propozycję pracy z bazą w... Meksyku. Dzięki, ale na dzień dzisiejszy mam wystarczająco dużo emocji, związanych ze zmianami w życiu 😅

Zatem Meksyk! Kilka lat wcześniej byłam na superowych babskich wakacjach na Półwyspie Jukatan, ale zawsze marzył mi się taki prawdziwy Meksyk. To chyba wszystko wina Cejrowskiego 😜 Przed odpaleniem silników kolejna zmiana: po przylocie wyrzucamy pasażerów i kontynuujemy do Miami. Kurza stopa! Chyba tylko moje własne imię jest rzeczą niezmienną w ciągu ostatnich dni! 🙈

Po lądowaniu miła niespodzianka – zostajemy jednak na jedną noc  👏👏👏👏👏

Zatem hotel, szybkie śniadanie, dla pierwszej oficerki kilka minut drzemki, dla mnie chwila na napisanie raportu i zaległych maili i wyruszamy na zwiedzanie! Z racji, że zatrzymaliśmy się w hotelu niedaleko lotniska, a do stolicy Meksyku były prawie dwie godziny jazdy, na recepcji polecili nam miasteczko Metepec, słynne z ceramicznych wyrobów ręcznych, ozdobnych i rytualnych. Wielu mieszkańców może się poszczycić osiągnięciami w konkursach ceramicznych na skale międzynarodową, a samo miasto jest organizatorem corocznego konkursu tego typu. Poza tym cicha mieścina z latynoskim klimatem, właśnie tego szukałam 😍

Szwędałyśmy się po małych uliczkach z licznymi sklepikami i galeriami, cykając fotki i wdając w liczne rozmowy z zaciekawionymi mieszkańcami – dałyśmy radę z naszymi dwoma kulejącymi hiszpańskimi 😂, a w małych przerwach rzucałyśmy się na stragany z ulicznym jedzeniem, tzw. antojitos (w wolnym tłumaczeniu małe przekąski). Pilotka kocha meksykańską kuchnię a ja uwielbiam eksperymentować... chociaż są granice, robale nie tyle nie przeszły mi przez gardło, ile w ogóle nie mogłam ich dotknąć 😝

Po kilku godzinach błąkania po mieście, kiedy każdy zakątek znałyśmy już na pamięć, a brak porządnego snu od wylotu z Bahamów zaczął dawać się we znaki, usiadłyśmy w restauracji na konkretny obiad. Plan był taki, żeby wykorzystać cały dzień, wrócić trochę później do hotelu i spać do samego wylotu następnego dnia. Krótko po zamówieniu jedzenia, przychodzi wiadomość od pilota: „Lecimy do Zurychu, zbiórka o 20”. Toż to jakiś żart! Mamy cztery godziny 🙈🙈🙈🙈🙈🙈🙈🙈🙈🙈🙈 Pochłonęłyśmy jedzenie w mega szybkim tempie i wskoczyły do taxi. Nawet nie wzięłyśmy prysznica po poprzednim locie, a tutaj już trzeba się szykować na kolejny 😱

Takie życie cabin crew 😂😂😂😂😂😂


Wejście do prywatnego terminala na lotnisku Toluca...



... gdzie klientów wita polski szybowiec 😀



Widok na Metepec



Capilla del Calvario...



... i jego wnętrze



Rynek z fontanną



Lokalne targowisko...

 

... na którym poróbowałam to bóstwo - tortille z niebieskiej kukurydzy 😋









Cebada - tradycyjny napój z jęczmienia, cukru i cynamonu. Wygląda średnio, ale smakuje nieziemsko!






Czaszki i kościotrupy - nieodłączny element meksykańskiej kultury



Insectos 😀  myślałam, że się przełamię, ale nic z tego!



Czy wyglądamy, jakbyśmy nie spały od kilkudziesięciu godzin? 😅



Jak wylądujecie w Meksyku, uważajcie na swoje kosmetyki – wybuchają przy otwieraniu, a to dlatego, że miasto leży na wysokości 2240 m n.p.m. Pewnie dlatego też bez przerwy bolała mnie głowa, a brak snu wcale tego nie ułatwiał. 



07 marca 2017

Nie jest kolorowo...

Nawet tydzień nie minął odkąd wróciłam na kolejną rotację, a czuję się, jakbym już pracowała co najmniej od miesiąca 🙈 Tym razem zdecydowanie odpłacam za wszystkie dobre loty, miłych pasażerów, ciekawe destynacje i dodatkowy czas na naukę. Od sześciu dni daje mi wiatrem w twarz tak, że aż rzęsy mi odpadły 😝 I pomysleć, że zgodziłam się wrócić wcześniej do pracy...

Najpierw lot z Londynu do Dubaju przez Warszawę. Mimo, iż fajnie było porozmawiać z klientami w ojczystym języku i wciągnąć trochę polskiego powietrza podczas postoju, nie było momentu, żebym mogła usiąść. NON STOPERRRR! Jak dotarłam do hotelu po jakiś dwudziestu godzinach, dopiero do mnie doszło, że nawet nie miałam chwili na porządny posiłek.
- Idziemy na szybkie piwo – zagaił kapitan podczas meldowania się w hotelu
- Sorry, ale w tym momencie mam siły tylko na to, żeby się porządnie rozryczeć – odpowiedziałam, tępo gapiąc się w podłogę i powstrzymując łzy wyczerpania

Ten trip konkretnie dał mi w kość, a kolejnego dnia (właściwie dziewięć godzin później) powtórka z rozrywki: Dubaj – Malediwy – Szanghaj. Już na samą myśl jestem martwa...


Widok na Dubaj


Przelecieliśmy dosłownie nad Burj Khalifą



Lot na Malediwy odbył się bez pasażerów, ale to nie ma żadnego znaczenia, bo spędziłam go sprzątając samolot. Dzień wcześniej fizycznie już nie dawałam rady i ogarnęłam tylko najważniejsze rzeczy; śmieci, jedzenie, rzeczy do prania. Na Malediwach, na szczęście, miała do mnie dołączyć znajoma z Singapuru, głównie dlatego, że klienci zażyczyli sobie w załodze kogoś, kto mówi po chińsku. Dla mnie to dodatkowa para rąk 🙏


Podczas krótkiej rozmowy na locie z pierwszą oficerką:
- Co by się stało, gdybyśmy mieli komplet pasażerów i zabrakło miejsca dla załogi? - przyszła mi taka myśl 
- Hmm... prawdopodobnie ktoś z załogi musiałby startować i lądować w toalecie...

Nie zdziwiła mnie zbytnio jej odpowiedź, chociaż wiem, że akurat w naszej firmie jest to wbrew wszelkim regułom.


Krótko przed pojawieniem się pasażerów, dostaliśmy wiadomość, że oczekujemy ich znacznie więcej i pokład będzie pełny...
- Do diaska! Ktoś będzie musiał tu zostać, bo nie pozwolę, żeby jedna z was siedziała w toalecie! – oznajmił nam kapitan zdenerwowany całą sytuacją 
- A dopiero o tym rozmawiałyśmy! - spojrzałyśmy na siebie z oficerką 😳😳

Brak chińskiego zbawił mnie przed podjęciem dalszego lotu, ale niestety naraził na kolejne przeszkody z serii – użeranie się z załatwianiem hotelu i transportu, taszczenie walizek i kolejna niewiadoma – co dalej? Mam nadzieję, że przynajmniej będę mieć trochę czasu na pisanie zaliczeń, z którymi jestem mega ostro w plecy! 😰


Niespodziewany pobyt na Malediwach wiąże się z noclegiem w stolicy Male - to miejsce nie ma nic wspólnego z rajskimi wyspami położonymi trochę dalej



Dzień później zostałam wysłana liniami komercyjnymi na samolot w Hiszpanii (przez Dubaj). Tam miałam się zjednoczyć ze znajomą, którą opuściłam na Malediwach 😊 Przed nami tylko kilka krótkich krajowych lotów przez kolejne dni, dzięki czemu zdecydowanie będę mogła skończyć moje zaliczenia do piątku! 👏👏👏 
„Znajomość grafiku na kolejne dni to prawdziwa nuda...” - przemknęło mi przez myśl...


Mój pobyt w Madrycie


Już praktycznie wszystko wróciło do normy, osiągnęłam wewnętrzny balans i wysłałam pierwsze zaliczenie, kiedy zobaczyłam kolejną wiadomość od menadżerki... „Mogłabyś jutro rano polecieć do Francji i dołączyć od razu na samolot do USA?”

PEWNIE... ŻE.... mogłabym, ale obiecuję sobie, że w weekend opróżnię hotelowy barek albo strzelę maraton, bo ten cały stres, zarwane noce i pokonane kilometry trzeba będzie w końcu jakoś odreagować! 💀




Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...